ZMIERZCHEM  
 
  Moje refleksje, moje opowiadania 05.04.2026 12:33 (UTC)
   
 





 

„Życie jest diabła warte jeśli nie jest uparte, poza Słowackim, Mickiewiczem życie jest doprawdy niczym” – to Broniewski – a teraz ja…z małą złośliwością (sorry) – poza tymi , co się tu parają jakimkolwiek pisaniem- inni mają przekichane, my- na co przyjdzie tylko ochota- piszemy
czasem cięgi dostajemy, wyrażamy swe poglądy nad którymi od czasu do czasu srogie sądy czytający uprawiają
mają rację?...czy nie mają?
kto intencje piszących źle odczyta – jego własny błąd i kwita!







Nie o polityce, nie o ważnych wydarzeniach...takie cóś...

Zazwyczaj o ułamek sekundy za późno spostrzegamy, że przekroczyliśmy właśnie jakąś granicę. Pomyśleć - sekunda, co to jest w nieskończoności , a zawraca nasze życie jak Wisłę kijem. Dobrze mieć własną świadomość, że samemu ponosi się część winy za zbytnią ufność, wiarę, niefrasobliwość. Miłość i palenie ogniska pod tym kotłem - to harówa. Ustępstwa, dopasowanie, ugody, pójście na rękę, wyrozumiałość, tolerancja, gotowość, co tam jeszcze- to zadanie dla herosa, nie zwyczajnych kobiet. A zwyczajne? …no, tafla lodowa i piruety na łyżwach! Niejedna z nas wciąż tu je wykręca…ale by w miarę śmiało , prosto i bez kompleksów iść przez życie- trzeba nieodzownie mieć azyl, swój własny, mały intymny światek i wtedy nic nie jest straszne- zamyka się za sobą drzwi i znika się w swoim świecie…a tam dostęp jest za okazaniem paszportu i wizy!...na chwilkę, na jeden głębszy oddech…a potem można spokojnie wracać do życia.




Chciałam napisać tekst, zaczęłam…jakoś tak , nie do wyrażenia słowem, tak duszoszczypatielno, ot petersburskie nostalgiczne tęskne klimaty z jakimś romansem "a la Anastazja" w tle...
ZMIENIAM KONCEPCJĘ!
Będą sanie okryte szlachetnymi futrami, konie będą miały przy uprzęży janczary, będziemy miały z jedwabnej tafty suknie, kolie z brylantów, etole z norek, płaszcze z szynszyli i partnerów! oficerów z gwardii carskiej! te lampasy czerwone, te dopasowane mundury, ten wąsik! lśniący od brylantynyi śnieg będzie ledwie prószył, a zza okien zimowego pałacu dobiegają tony walca....
a my- nieprzytomnie zakochane niczym Anna K. będziemy wirować do utraty tchu, do białego rana....
to takie łatwe- zamknąć oczy i przenieść się w tamten świat, świat wielkich namiętności, wielkich romansów, wielkich dramatów. W tym wielkim kraju wszystko było skrojone na wielka miarę!
I chociaż oczy zamknęłam bardzo mocno, nie weszłam w te klimaty, bo...Anna K. zbyt tragiczna dla mnie... A jednak…Anna Karenina - mi zaimponowała. Tak postawić wszystko na jedną kartę- SZALĘ, HONOR, CZEŚĆ, POZYCJĘ, DZIECKO!- dla miłości- jakiego kalibru musiała być ta miłość, bardzo nieprzeciętna, oddać życie za taką miłość- ach, ona wiedziała , co znaczy to wyświechtane słowo.....
We mnie nie było nigdy takiej determinacji, nawet tego pojąć nie potrafię.... i myślę, ze 99% ludzi też nie.
Ponoć żyjemy, ponoć kochamy- a mnie się widzi, że cały czas pijemy letnią herbatę.
Marzymy o wielkiej miłości, marzymy o uniesieniach, ale czy mamy dość odwagi, aby taką miłość przyjąć?
Nie mamy, a potem ponosimy konsekwencje...gorzkie konsekwencje, a herbata letnia i do tego gorzka...nie do przełknięcia.
I dlatego takie Anny K. bywają tylko w powieściach, a my czytając rozmazujemy łzy na policzkach.
A potem zamykamy książkę i wracamy do swych zastałych światów...
To moje, gdyby ktoś chciał napisać swoje, chętnie bym poczytała i polemizowała...Ale też jest i inne moje…nawet jeśli powiem o doświadczeniach innych osób - to też się potwierdza .... rozmawiam z rówieśnicami… czasem nas bierze na spowiedź powszechną, i co słyszę?....że nawet dawno, dawno temu - odwracając się do tylu- nie była to lawa z krateru....bo się myślało, że miłość przyjdzie sama w odpowiednim czasie, że urodzi się z codziennych zapasów z życiem , że wychynie z powszedniości jak Afrodyta z morskiej piany. Nic z tego! Siedzimy tak, kilka nas, oczy bez blasku, zmarszczki goryczy wokół ust. Każda miała "piękne chwile " i tyle! może to taki przydział od życia?
A te panie, które twierdzą, że żyją w nieprzerwanym ciągu szczęśliwości… nie mają odwagi spojrzeć na siebie i swój los z dozą krytyki, boją się, że zapeszą. czy co? Pomyślcie… jeszcze to…czy wszyscy którzy odchodzą, zasługują na takie słowa pochwał, jakie widnieją na klepsydrach?... bita, poniewierana żona, która całe życie była k... najłagodniejsze z określeń- żegna - nieodżałowanego, ukochanego.....a gdyby tak , zamiast stereotypu napisała - "wreszcie poczułam się wolnym człowiekiem"?
wstyd, fałsz, obłuda, - tak jest prościej?
Mamy tylko jedno życie i za nic nie powiemy głośno, że się nam nie udało, prawda? bo co inni pomyślą, że jesteśmy nieudacznikami, pechowcami - będą nam współczuć?
a może trzeba obniżyć poprzeczkę? i "cieszyć się byle czym"? Sporo żyję, dużo widzę, słyszę (bo mam radar wewnętrzny) , a nie znam odpowiedzi na milion pytań dotyczących życia, uczuć, wartości, i nie znają ich najwięksi myśliciele i filozofowie.
Bo wszak wolałybyśmy, aby wszystko wyglądało inaczej.
Ale mentalność ludzi nie tak łatwo ulega przeobrażeniom....nikt nie przyzna się do porażki...
Z moich obserwacji wynika, że ludziom wielokroć ze sobą jest źle ... ale ...jest.
I chyba to "jest" tylko się liczy.
Często konfabulujemy, doprawiamy własne historie pieprzem i solą...tak bardzo chcemy uchodzić w oczach innych za tych, którym się powiodło i udało
A , że w czterech ścianach zagryzamy wargi do krwi, tego już nikt nie widzi.
Temat - rzeka, nikt się nie włączy do dyskusji, bo....
Ale też nie mam prawa oceniać nikogo, może to inni maja rację?
Może za bardzo idę w kierunku idealizowania jakości życia we wszystkich aspektach, bo wciąż mam na uwadze- nie będzie powtórki, to nie jest próba generalna, to właśnie się dzieje, trwa.
Może należy przymknąć oczy na cały świat, zadbać o swoje? nie myśleć w kategoriach - inni też tak mają, bo to marna pociecha? może z tworzywa którym jeszcze dysponujemy- kształtować swoje życie jak najpiękniej?
Ale czy ja tu kogokolwiek oceniam?
Nie , są to rozważania czysto filozoficzne, którym do tej pory nikt nie sprostał. Nie takie głowy, więc i mi się nie uda. Ale co z siebie wyrzucę , to moje…
Czasami tak właśnie myślę, że urodziłam się po to, aby być szczęśliwym człowiekiem.
Myślę, że wszyscy rodzimy się z takim przekonaniem…a potem…potem zaczyna się życie i nie zawsze jesteśmy w stanie mu sprostać, skręcamy na manowce nie tylko w działaniu, ale przede wszystkim w myśleniu.
To, że innym nie jest lepiej to faktycznie marna pociecha…bo w końcu to nie ci „inni” tworzą klimat mego życia, moich odkryć, moich poszukiwań samego siebie…to ja mam być szczęśliwa, to ja chcę płakać z radości i wzruszenia( znacie smak takich łez? Jest niepowtarzalny).
WSZYSCY pragniemy kochać i marzymy o tym, aby ktoś pokochał nas…
Ale jako ludzie chyba nie sprostaliśmy … Gubi nas minimalizm, mało żądamy , mało otrzymujemy i koło się zamyka.
I wtedy właśnie pozostają marzenia, które też często spełniają się w nieodpowiednim momencie i nie jesteśmy na nie gotowi.
I co pozostaje? Letnie życie, letnia miłość, letnie bytowanie….brrrr…a ja sobie szukam ideałów, ciągle i nieprzerwanie szukam…w marzeniach??? A licho wie…
Żyjmy i pozwólmy żyć innym.
Baszka



To nie jest pisanie dla……………… tych pięknych 30-50-letnich, rozbawionych , wierzących, że wiele jeszcze mogą i że wszystko da się odwrócić, zawrócić…naprostować…to jest pisanie dla tych z bardzo dużym już  plusem…i chyba nie jest to optymistyczne widzenie…
Dlaczego dopiero świat nam widzi się piękniejszy, dopiero -kiedy wszystko nam już przeszło…dlaczego dostrzegamy dopiero dziś tych,  co obok nas też byli , co nam chcieli powiedzieć coś  miłego a może i …a nam , że brakło czasu dla nich by przystanąć , uśmiechnąć się… powiedzieć słowa dwa, które dziś dopiero rozumiemy,  gdy obok nas wokół pustka się uśmiecha i w jej szyderczym śmiechu serca nowego poszukujemy.
Dlaczego dopiero , gdy już głowa siwizną przykryta, spostrzegamy się , że już jest prawie wszystko wnet za nami…pytamy się dlaczego to tak szybko minęło …gdzie są oni czy też one , co czekały nadaremnie pod drzwiami…gdzie byliśmy przez te dni, że nam wszystko uciekło i gdzie nasz błąd… niejeden krzykiem zada to pytanie w próżność , w ciszę , bo nikt go nie usłyszy…a w sercu tylko pustka pozostanie…



 
 

Przemyślenia wieczorową porą…………..Każdy z nas ma dwa światy, ten rzeczywisty realny i ten fikcyjny,  który tworzymy z naszych marzeń, nadziei i pragnień.. Te nasze światy są na tyle bogate, na ile jest w nas wrażliwości, determinacji, celów i przeżytych doznań…Gdzieś tam w naszej świadomości tworzymy sobie życiowe obrazy i cele…W tym świecie w którym przyszło nam żyć, nie zawsze jest pięknie i cudownie jak sobie zakładaliśmy , gdy przyszły pierwsze miłosne zauroczenia i fascynacje.. Ale życie potrafi być brutalne, często bez naszego udziału.. Łatwiej jest znosić te niepowodzenia gdy przy boku mamy kochaną, oddaną nam osobę…To nawet w tych naszych niepowodzeniach bardziej skupiamy się na tym wspólnym uczuciu, bo ono jest takim balsamem na te rany życiowe.. Dlatego w nasze istnienie jest wpisane kochać i być kochanym, bo bez tego więdniemy jak kwiat bez wody.. Chociaż samotność jest nieraz wyborem, w najtrudniejszych momentach naszego życia, ale na pewno nie jest szczęściem.. Dlatego gdy musimy podejmować taki wybór, to powinien być  rozważny, przewidujący na zasadzie strat i zysków. Analiza tego co było dobre, a także co złe, nasze wspólne dokonania i czy warto zamknąć za sobą drzwi, czy nie warto reanimować, bo to cenniejsze dla dobra wspólnego. Tym jesteśmy wartościowsi, gdy nie idziemy na łatwiznę, gdy walczymy, gdy podejmujemy wyzwania. To ważne, aby nie podejmować decyzji w momentach wzburzenia, bo to zły doradca. Podjęta pochopnie decyzja, często już nie ma odwrotu i wtedy po spokojnym zastanowieniu dochodzimy do wniosku że nie było warto.. Ponieważ.. MIŁOŚĆ jest takim talizmanem człowieka… dlatego o niej piszą wiersze poeci, pisarze powieści, piosenkarze śpiewają piosenki, kompozytorzy utwory, reżyserzy tworzą filmy itd.


 

Dużo myślałam o tym, że……………….wiara i nadzieja to te wartości,  które są najcenniejsze dla każdego. Gdy zawiedzie szczególnie osoba na której nam zależy -  to bardzo boli…ale niestety są ludzie dla których te wartości nie mają znaczenia i z tym musimy się zawsze liczyć. Często narzekamy na świat.. a przecież świat to my, gdyż jesteśmy jego cząstką…gdy zaufanie zawiedzie to nie tylko boli, ale też zostaje ta niepewność czy zawsze tak musi być...Trzeba zamknąć tę kartę, uwierzyć,  że świat nie jest taki zły, a skoro świat składa się z nas to są tu także cudowni ludzie, oddani drugiemu, często w ekstremalnych momentach życia…Ale warunek aby się przysłowiowo nie "sparzyć" jest taki, że musimy bardzo rozważnie, ostrożnie w różnych sytuacjach życiowych" prześwietlić" ewentualnego partnera/kę...Natomiast wszyscy jak my to określamy po przejściach są bardziej selektywni w swoich decyzjach zgodnie z regułą, że uczymy się na błędach ..choć niekoniecznie..!
Prawdą jest ,  że bardzo chcielibyśmy te złe karty z naszego życia wymazać z pamięci.. Jednak nie jest to takie proste bo nasza pamięć szczególnie pozostawia te najsmutniejsze i te najpiękniejsze…tak jesteśmy zaprogramowani.



Czy znacie wielu ludzi, którzy naprawdę czynią i cenią dobroć? Z reguły to jest tak, że z dobrymi ludźmi innym jest dobrze, wygodnie...hmmm...i bardzo często dobroć innych jest udawana, bo jakieś korzyści z tego udawania mają. Pewnie wiecie, że jak się ma miękkie serce, to trzeba mieć twardą inną część ciała? Trywialne to, wiem, ale jest w tym dużo prawdy.



Czasami tak sobie  myślę, że w każdej z nas są jak by dwie istoty...jedna, taka
poukładana, matka, żona....gospodyni...a obok funkcjonuje ta druga, prawie, że demoniczna, no...wamp, qrcze...kochanka....i takie dwie w jednej to dopiero mieszanka...I myślę, że warto odnaleźć drogę i do tej drugiej....
Jednym się to udaje i jest...cudnie...drudzy zasklepiają się w sobie,
godzą się na te cholerne konwenanse i tym jest trochę gorzej....
Ale to już inna bajka....





 


  Spojrzenie Joanny


 

Ten dzień od początku był nijaki.
I wcale nie dlatego, że rankiem nie obudziło mnie słońce, nie dlatego, że mój mąż uparcie udawał, że śpi, a ja tego tak bardzo nie znosiłam, jego udawania, jego pleców , które podejrzanie drgały, jego udawane lekkie pochrapywanie, tak, nie znosiłam tego wszystkiego i nie mogłam przebić się przez ten mur. Muszę być uczciwa. To nie tak, że nie mogłam przebić się przez mur jego udawanej obojętności.
Ja już nie chciałam się przebijać. Od pewnego czasu nie było już we mnie chęci przerwania milczenia, nie było pokusy przytulenia się do jego pleców, a przecież wiem jak bardzo lubił te moje poranne gesty, kiedy przeciągałam się jak kotka, potem wtulałam się w niego, on się budził ( a może nie spał już od dawna) , pozwalał na wędrówkę moich rąk, a potem nagle z niesamowitą siłą przyciskał mnie do swojej piersi i już wiedziałam, że świat wokół mógłby przestać istnieć, że to zatracenie jest jedyną najlepszą rzeczą, jaka mi się przydarzyła na tym świecie. Ale to wszystko już było. Już od wielu dni wiem, że to było i że nigdy nie wróci. Dlaczego nagle coś, co było pewnikiem przestało mieć jakąkolwiek wartość?
Za oknem było ponuro, nawet podniesione do połowy rolety nie przepuszczały
marnego promyka słońca. Słońca, którego tego ranka po prostu nie było. Tak jak nie było tego słońca w mojej duszy, chociaż przez wiele lat, niezależnie od pogody budziłam się promienna i radosna. Znów dzień zamglony, taki jak wszystkie moje myśli, właściwie to pasujemy do siebie dzisiaj- ten dzień byle jaki i ja, bez żadnego sprecyzowanego celu, bez uśmiechu po tej nocy w którą się ostatnio zanurzam zaciskając mocno oczy i modląc się, aby sen przyszedł jak najszybciej.
Bo czyż celem samym w sobie może być zmuszanie się, aby wstać, aby zanurzyć się w nowy dzień, zmusić się do wejścia do łazienki i jeszcze zmusić swoje oczy, aby spojrzały w lustro. A widok po drugiej stronie lustra? Od kiedy tak naprawdę przestałam lubić swoje odbicie? Same pytania bez odpowiedzi. Jestem leniwa nie chce mi się szukać w zakamarkach pamięci strzępków odpowiedzi. I wiem dlaczego. Żadna z tych odpowiedzi już mnie nie satysfakcjonuje. To tak jak w tej wczorajszej rozmowie z Krystyną, jedną z moich przyjaciółek, która dzwoni do mnie wtedy, kiedy wydaje się, że świat wali się jej na głowę. A że ostatnio z tych dołków nie wychodzi, telefon wieczorami dzwoni bardzo często. Zamykam się w pokoju Antosi ( moja córka do tej pory ma mi za złe, że nosi takie imię, ale co ja na to poradzę, że byłam do nieprzytomności zakochana w jej ojcu i chciałam mieć i Antka i maleńką Tosię) i gadam z Krysią i to gadanie polega na tym, że ona wyrzuca z siebie słowa z szybkością karabinu maszynowego, a mnie udaje się wtrącić od czasu do czasu , co ty powiesz, niemożliwe...No, szczyt elokwencji to nie jest, ale mojej przyjaciółce w zupełności wystarcza. Od pewnego czasu korci mnie, aby przerwać jej monolog i krzyknąć: posłuchaj teraz mnie, ja też wpadłam w dołek ale coś mnie wstrzymuje; i nie to, że Krysia mnie nie zrozumie, my obie rozumiemy się doskonale, ale czuję nieomal namacalnie, jak ona po drugiej stronie wstrzymuje oddech , jak milczy przerażona ...taaak, 
ja nie jestem od wpadania w dołki, ja jestem ta od wyciągania wszystkich moich znajomych z czeluści zagubienia, ja jestem ta od wbijania im do głów jak wiele są warci i że wystarczy niejednokrotnie troszeczkę inaczej zinterpretować fakty, zweryfikować pewne wątki i wszystko się rozplącze, z każdego labiryntu jest wyjście. I nie mam odwagi nikomu wokół siebie opowiedzieć o tym, że właśnie oto ja, ta ostoja wszystkich sfrustrowanych i nieszczęśliwych zaginęłam w labiryncie niemożności, że nie tylko nie mogę znaleźć z niego wyjścia ale nie jestem w stanie zacząć poszukiwań tego wyjścia.
Dlaczego tak bardzo boję się utracić ten wizerunek w oczach bliskich mi ludzi? Co się porobiło w moim życiu, że nie chcę nikogo obarczać własnymi wątpliwościami? Może byłoby mi lżej, gdybym na swoich przyjaciół zwaliła kilka swoich problemów. Bo od tego mamy przecież przyjaciół. Tych paru ludzi, którzy mogą na nas liczyć i my możemy liczyć na nich. I tu właśnie tkwi problem. Bo ja się boję.
Tak bardzo opanował mnie zwykły, organiczny strach, że na dzisiaj mam zablokowane wszystkie czakry. I pewnie długo jeszcze będę milczała. A ponieważ to milczenie jest wpisane również i w dzisiejszy dzień i tego wpisania nic nie jest w stanie zmienić, zsuwam się cichuteńko z łóżka , po omacku następuję na kapcie , wsuwam je na nogi i człapię do łazienki. Starannie omijam miejsce, gdzie wisi lustro, wzrok zatrzymuje się na butelce toniku, wyciągam ostatnie płatki ( cholera, znów zapomniałam uzupełnić zapas) , zmywam te swoje całonocne troski z twarzy , nakładam czepek i wchodzę pod prysznic. Nienawidzę nakładania czepka, ale ostatnio nie mogę sobie pozwolić na to, aby wyjść z domu z wilgotnymi włosami. Kiedy się przekroczyło ( i to już jakiś czas temu) tę straszną pięćdziesiątkę nic nie jest już takie proste. Ostatnie przeziębienie przykuło mnie do łóżka na całe 5 dni , a chorowanie bez życzliwej obecności bliskiej osoby jest straszne. I wiem co mówię. Woda leci przyjemnym strumieniem, ten poranny prysznic to jedna z milszych rzeczy w całym dniu. Nawet nie myślę, że ostatnio spółdzielnia znów podniosła opłaty za wodę, te wszystkie płatności kiedyś mnie dobiją, w pracy żadnej podwyżki, wręcz odwrotnie, zanosi się na jakieś redukcje, chyba powinnam czuć się zagrożona, ale gorący potok spływający po moim ciele rozmywa wszystkie niepokoje, nie myśleć o niczym, niech ta woda leci w nieskończoność.. Aśka, zlituj się, ile można siedzieć w łazience...... Jeszcze tak do mnie mówi, Aśka, Asieńko, a ja z drżeniem czekam kiedy przejdzie na bardziej oficjalny ton. I natarczywe pukanie do drzwi, zniecierpliwiony głos mego męża, jaśnie pan i władca ma ważniejszą pracę, pan inspektor ważnej instytucji musi być pachnący i świeżutki, kiedy zachodzi do babińca, którym rządzi. Kiedyś byłam zazdrosna o te wszystkie baby, które nadskakiwały panu kierownikowi, potem mi przeszło. I, cholera, niepotrzebnie przeszło. Może gdybym bardziej pilnowała swego męża, może gdybym umiała dostrzec błyski w jego oczach, może gdybym....trudno, tego już nie da się odwrócić ... Ale jestem tu i teraz i muszę oddać sprawiedliwość: boje o łazienkę wygrałam ja, już dawno temu , Antek tylko pilnuje, abym za długo tam nie przebywała. -Już, już...krzyczę poprzez szum wody daj mi jeszcze moment Boże, w tym wszystkim zachowujemy poprawne normy, życie toczy się dalej, jak by nic się nie stało. I tylko te poranki , te nasze łóżkowe poranki mówią mi o tym , jak wiele się zmieniło. To niesprawiedliwe.
Kobiety po pięćdziesiątce powinny być pod specjalną ochroną, nie powinno się ich opuszczać, nie powinny być samotne. Więc dlaczego jest ich tak dużo? Tych samotnych kobiet po pięćdziesiątce? Co takiego robimy my, kobiety, po tych wszystkich latach spędzonych przy naszych mężach , wychowujące dzieci, dokładające do utrzymania domu i nie rzadko ten dom utrzymujące , że nagle z dnia na dzień odkrywamy wokół siebie pustkę? Wiem, wiem, każdy przypadek jest inny i każdy ma swoje przyczyny. Ale ja nie mam zamiaru naprawiać całego zła tego świata, nie obchodzą mnie inne przypadki, to ja tu jestem najważniejsza , to ze swoim problemem muszę stanąć twarzą w twarz. Ale...to jest właśnie pytanie, na które powinnam sobie jak najszybciej odpowiedzieć. Jeśli ja sama uporam się z odpowiedzią na to pytanie ( i jeszcze na kilka innych), może stać mnie będzie na podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Bo Antek tej decyzji nie podejmie, na tyle już go znam. Ale co ja powiem Tosi? Jak jej wytłumaczę to, co się stało z naszym życiem? Ona jest zakochana w swoim ojcu i myślę, że dlatego jest taka wybredna w tych swoich znajomościach.
-Mamuś, tylu jest ich wokół mnie ( a muszę obiektywnie przyznać, że moja Antonina wyrosła na piękną i mądrą dziewczynę), ale to nie to. Każdemu z nich coś brakuje.
A ja wiem, czego brakuje kolejnym narzeczonym mojej córki. Charyzmy jej ojca, bo moja droga ( a to już do mnie) ten twój mąż to kawał niezłego faceta. Znów łapię się na tym, że myślę o nim za dobrze. Chyba nie powinnam. Chyba powinnam wykrzesać z siebie więcej nienawiści, żalu. Ale jak mam zacząć nienawidzić faceta, z którym mam dwójkę wspaniałych dzieci, jak mam zacząć nienawidzić faceta, który pokazał mi cały świat, który nauczył mnie kochać siebie do utraty tchu. I jak zacząć dalsze życie bez niego? O nie, to za trudne dla mnie w ten mglisty, wrześniowy poranek. Wychodzę w końcu z łazienki otulona w biały puszysty szlafrok z polaru, przemykam się do garderoby i zamykam szczelnie za sobą drzwi. Mam trochę czasu tylko dla siebie, przerzucam ciuchy, czuję, że dzisiaj będzie ciężki dzień, skąd te myśli, no tak, w pracy ostatnio coraz głośniej mówi się o redukcjach, o oszczędnościach, kogoś chyba trzeba będzie zwolnić i na boga, ja jestem chyba pierwsza w kolejce, przecież dwa miesiące temu skończyłam 55 lat, akurat pora, aby odejść na emeryturę. I staje mi przed oczami zapłakana twarz Małgorzaty, którą rok temu zmuszono do odejścia na zasiłek przedemerytalny, spotkałam ją niedawno na ulicy, była zgarbiona, przygaszona, bez uśmiechu. Nie chciała rozmawiać, a ja, o wstydzie, nie nalegałam. Bo co jej mogłam powiedzieć? Sama wystarczająco podle się czułam, ja pracowałam, ona już nie. Cholerne czasy. I nawet te czasy biją właśnie w nas, w kobiety po pięćdziesiątce.
Nie, dosyć głupich myśli, czas pędzi, za moment trzeba będzie opuścić bezpieczną przystań, mój dom , o nie, bezpieczną przystanią to on był do niedawna. Powinnam zacząć inaczej się ubierać, chyba powinnam podciąć włosy, chyba powinnam . Boże, za dużo jest tych powinnam. Więc tylko wyciągam z szafy swój uniwersalny granatowy kostium, do tego zielona bluzka, zielone czółenka, te kolory do siebie nie pasują, ktoś mi niedawno zwrócił na to uwagę, ale nie do mnie z takimi uwagami , niezła ze mnie jeszcze babka, ale jednak tę minioną (i to bardziej dawno) pięćdziesiątkę widać na mojej twarzy, widać w moich oczach, kubek gorącej kawy parzy mnie w usta, Antek kończy kanapkę, ostatnio nie siadamy już do wspólnych śniadań, ja głośno w przestrzeń rzucam, że wrócę trochę później, Antek nie odpowiada, wiem, że błądzi myślami w innym domu, zmarszczka na jego czole świadczy o tym, że nie ma go tu ze mną. Jemu też jest ciężko, widzę to, są takie momenty, że chciałabym podejść do niego, wtulić się w szeroką pierś, pogłaskać go i szepnąć : nic się nie stało, przejdziemy przez to razem, naprawimy to co spieprzyliśmy. I ręka moja nieruchomieje i gardło ściśnięte i wiem, że nic takiego nie powiem. Już nie powiem.
- Asiu - jego głos brzmi podejrzanie spokojnie mam dzisiaj naradę, wrócę późno, nie czekaj z kolacją Która to już będzie samotna kolacja, a właściwie jej brak? Bo przecież nie mam od pewnego czasu komu robić tych kolacji. Czasami wpada Andrzej, brat Antka, zakręci się, rzuci parę słów i leci. I ciągle odchodząc rzuca mi od drzwi: Aśka, ty zainteresuj się, gdzie ten mój braciszek bywa, może jakąś laskę podrywa, a ty tu siedzisz sama i jeszcze tryskasz humorem Andrzejku, mów do mnie jeszcze, gdzie on znajdzie taka drugą jak ja. Takie odpowiedzi...były.
Teraz coraz częściej się zastanawiam, czy Andrzej zna ostatnie ścieżki swego braciszka. Coś mi się zdaje, ze chyba tak, bo ostatnio jak by rzadziej tu wpada. Strząsam z siebie te natrętne myśli , kiwam głową, że przyjęłam to co mówi do wiadomości .-
Podwieźć cię? Mam jeszcze trochę czasu.
-Nie, nie, muszę jeszcze zadzwonić, jedź już. Suche cmoknięcie w policzek, zastanawiam się, kiedy mój mąż zapomni o tym ostatnim drobiazgu, muszę przyznać, że bardzo się stara, ale ja mu nie pomagam, wiem, wiem, powinnam walczyć, każdy by mi to doradził, ale ja nie chcę walczyć. Coś się w moim życiu skończyło, to bardzo boli, ale najdziwniejsze jest to, że ja tak szybko pogodziłam się z tym końcem. Sama nie potrafię tego zrozumieć. Przeżyłam na tym świecie 55 lat, ostatnie 29 z ukochanym człowiekiem, chyba jestem wdzięczna losowi za te lata. Nie były złe.
Może teraz powinnam doświadczyć czegoś innego? Jeśli potrafię przejść przez to wszystko być może za zakrętem drogi spotka mnie jeszcze coś zaskakującego?
No to chyba zwariowałam.Tyle się naczytałam o zdradzanych kobietach, o szarpaninie w małżeństwach, może dlatego teraz ja sama jestem tak dziwnie spokojna? Skąd wzięło się u mnie to poszanowanie praw drugiego człowieka. Jak jest dobrze, to nawet i Egipt niespodziewanie się trafi i zbiega się to z obroną pracy ukochanej córeczki . Zbiera się te miody po drodze i wtedy nawet jedna maleńka myśl nie przemknie , że kiedyś może być krach na tej giełdzie, którą nazywają życiem. Może tkwiło to we mnie od zawsze? Że nic nie dostajemy na zawsze i że
każde z nas ma prawo do własnego szczęścia. A to, że zawsze marzymy, aby to szczęście było nasze wspólne, to już zupełnie inna bajka. Okazuje się, że czasami nasze drogi, nasze wspólne cele się rozmijają. Boże, jaka ja jestem mądra. I jaka nieszczęśliwa.
Dosyć tego, czas wychodzić, zamykam starannie drzwi, sprawdzam ponownie czy zamknęłam wszystkie zamki. Ostatnio zdarza mi się to coraz częściej, to ponowne sprawdzanie, no tak, mam już swoje lata, ale zbiegam po schodach jak młoda dziewczyna, szybko, byle nie spotkać nikogo z sąsiadów, dziś nie mam nastroju do sąsiedzkich pogaduszek, za mglisto dzisiaj w moim sercu i na dworze też tak bardziej
byle jak. Dziś nie mam ochoty na mówienie komplementów sąsiadce, która zagubiła się ostatnio w swojej chorobie i widać na jej twarzy cały ból, jaki ta jej straszna choroba w niej odcisnęła; dzisiaj nie mam ochoty pogłaskać bezdomnego psa , dzisiaj nie mam ochoty na żadne dobre uczynki, które sprawiały, że brałam na siebie zło tego świata, a temu światu wokół mnie było od razu lżej. Biegnę osiedlowymi alejkami, z daleka ktoś mi się kłania, nie wiem , nie poznaję człowieka, może powinnam zacząć nosić okulary, no tak, znów ten wiek. Chyba zaczynam powoli wariować.
Do biura wpadam w ostatniej chwili, czuję jakieś dziwne napięcie, sekretarka kiwa do mnie po kryjomu. Już wiem, dlaczego obudziłam się w takim podłym nastroju, przeczułam to wszystko, na człowieka wszystko lawinowo. Kiedy wychodzę z gabinetu dyrektora mam pokerową twarz. Wchodzę do pokoju, Lalka maluje usta, Grażyna patrzy na mnie wyczekująco. Siadam nonszalancko za swoim biurkiem, otwieram szufladę, grzebię w niej nerwowo, jest....schowana głęboko paczka papierosów doczekała się po kilku latach reanimacji. Wyciągam papierosa, podnoszę do góry, wącham z lubością i przypalam. Obie panie nieruchomieją przy swoich biurkach. Wypuszczam kłęby dymu, nie odzywam się długą chwilę i nagle, zupełnie niespodziewanie dla samej siebie wybucham nerwowym śmiechem. Lalka puka się znacząco w czoło. Nie zwracam na nią uwagi. Krztuszę się ze śmiechu, po
policzkach płyną mi łzy, już nie wiem czy płaczę od tego śmiechu, który mnie opanował, czy płaczę, bo to co usłyszałam to był ostatni gwóźdź do tej mojej trumny.
Dziewczyny nie odzywają się , w pokoju cisza. Wyciągam chusteczkę i wycieram twarz.
-T o koniec, odchodzę, od kiedy wiedziałyście, że padło na mnie?- pytam zupełnie spokojnie
- Kadrowa od tygodnia - to Lalka
- Od wczoraj- to Grażyna i patrzy na mnie ze zrozumieniem, jakiego dawno u niej nie widziałam
Nagle przestaje mnie to wszystko obchodzić.


 Spojrzenie Antoniego



Długo tej nocy nie mogłem zasnąć. Ale widziałem, że i Joanna zbyt długo odwlekała chwilę wejścia do sypialni. Jeszcze śpimy w jednym łóżku, jeszcze rozmawiamy, ale to są słowa rzucane jak by w przestrzeń. Nic osobistego, wszystko rozmyte w codziennych drobiazgach. I nie ma już między nami tej iskry, która powodowała, że razem nic nie było nam straszne, że jedno za drugie gotowe było w ogień skoczyć. Tak prawdę mówiąc, od pewnego czasu ciągle podświadomie czekałem na awanturę, na mocne słowa, układałem sobie w myślach całą przemowę, aby odeprzeć ewentualne ataki. Zastanawiałem się, jakich użyję słów, jakich argumentów. Zbyt kochałem Joannę, aby ją obarczyć odpowiedzialnością za rozpad naszego małżeństwa.
Joannę oskarżyć? O nie, Joanna tu nic nie zawiniła. Ale jakie słowa będą miały taką moc sprawczą, że bezboleśnie potrafią przekreślić prawie 30 lat wspólnego życia.
I to życia niezłego . Życia, w którym o wiele więcej było wzlotów niż upadków.
Kocham swoją żonę nadal, chyba nigdy nie przestanę, zawsze będą we mnie ciepłe dla niej uczucia, przez tyle lat była dla mnie przyjacielem najserdeczniejszym, ciepła i lojalna aż do bólu, moja Joaśka....ale kocham jednocześnie....kocham tak samo, a może jednak inaczej, kocham mocno, z całego serca , z głębi całego mojego jestestwa Weronikę. Na sam dźwięk jej imienia uśmiecham się do siebie. Weronika, moja Nika. Nic nie było zamierzone, stało się.
Teraz wiem, że człowiek nie może w swoim życiu stosować żadnych pewników. Nic nie jest na zawsze.
I traci moc słowo "nigdy".
A Weronika? Ile przypadków musiało się na siebie nałożyć, aby stanęła na mojej drodze? Zaczęła u nas pracować od niedawna, a może już minęło trochę więcej tego czasu, inaczej ten czas zaczął się dla mnie liczyć, od kiedy zacząłem kraść dla niej swoje chwile. Przyjechała do naszego miasta ze stolicy, rozwiodła się z mężem, miała jakieś przejścia, dziewczyny z mego działu znały ją z dawnych lat, coś tam mi wpadało do ucha, nie chciałem, słyszałem.....miała jakieś ciężkie przeżycia, mąż wyjechał za granicę, stamtąd wystąpił o rozwód, w tym małżeństwie nie było dzieci, rozstali się ładnie, tak to się teraz mówi......ktoś kogoś zostawia, choćby nie wiem jak
bolało...świat widzi tylko...ładne rozstanie. Podejrzewam jednak, że w sercu Weroniki nadal tkwi zadra niespełnienia. ciężka choroba jej matki zbiegła się z jej rozwodem, wróciła do rodzinnego domu, zapomnieć o życiu, które jej dokopało, opiekować się chorą matką, która po śmierci męża, ojca Weroniki, została zupełnie sama. Trafiła na ostatnie miesiące życia swojej matki , ta kobieta nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią swojego męża i bardzo szybko odeszła za nim. Z tamtego okresu pamiętam tylko jej smutne oczy . I szeptanki po kątach .....
Nika była jedynaczką, dobrze wyszła za mąż, wyjechała do stolicy, pięła się po szczeblach kariery, do domu przyjeżdżała rzadko, dawne koleżanki zazdrościły jej przystojnego męża, dobrego samochodu, pięknych ciuchów. Wszystkich tych pozorów w jakie ubierają się dziewczyny z prowincji gdy czasami wracają na stare śmieci. Kiedy rozniosło się , że Weronika nie ma już męża, że wraca tu na stałe, wiele z jej dawnych koleżanek, którym nie powiodło się w życiu nie potrafiło ukryć satysfakcji. Myślę, że Weronika od razu zdała sobie z tego sprawę, ale nigdy nie okazała tego jak bardzo to ją raniło. Dla wszystkich była miła, spokojna, opanowana, tak jak by te małomiasteczkowe ploteczki zupełnie jej nie obchodziły...To była dobra taktyka, kiedy nie można jej było współczuć, kiedy nie odpowiadała na zaczepki
szybko znalazł się inny temacik, a Weronika po prostu spokojnie robiła swoje. Zaczęła pracę w dziale windykacji, okazało się, że świetnie daje sobie radę, zresztą jej wszechstronne wykształcenie i staż w warszawskiej instytucji pozwoliły zająć w firmie dobre, notowane miejsce. Ostatnio , mówi się , że ma szansę na awans, no cóż należy się jej, solidnie na niego zapracowała. A poza tym....poza tym Weronika nie tak dawno przekroczyła czterdziestkę, jest pełna werwy, nowych pomysłów, uśmiechnięta i miła dla wszystkich. A ja do tej pory nie mogę uwierzyć, że najmilsza jest dla mnie. I to, że Weronika jest młodsza od Joanny o przeszło 10 lat stawia mnie w cholernie podłym świetle. Znów następny mąż zostawia starą żonę i wymienia ją na młodszy model. Ile się nasłuchałem dowcipów na ten temat i nigdy, przez moment nie przemknęła mi taka myśl, że coś takiego może dotyczyć mnie. Jak to się właściwie zaczęło? Chyba od tamtego, deszczowego dnia, kiedy odjeżdżałem spod urzędu i omal jej nie przejechałem, gdy usiłowała przebiec przed maską samochodu na drugi chodnik, nie miała parasolki, deszcz całkiem zmoczył jej włosy, wyglądała tak dziecinnie i bezradnie. Otworzyłem drzwiczki i krzyknąłem
- pani Weroniko , proszę wsiadać... Nie kazała mi tego powtarzać po raz drugi, nie
udawała żadnego zaskoczenia , wsiadła bez ociągania, jej plecy drżały lekko, cienka
bluzka była całkowicie przemoczona. Mimo , że był to tylko koniec kwietnia, ostatnie dni były bardzo ciepłe i chyba stąd ta niespodziewana ulewa z lekkimi grzmotami w oddali. Uśmiechnęła się do mnie, powiedziała jakieś słowo o własnym samochodzie u mechanika i że akurat musiało zdarzyć się to dzisiaj....
i wtedy , tak , to zaczęło się od tego jej uśmiechu skierowanego tylko do mnie, od kilku zdawkowych słów podziękowania i od tej pierwszej naszej wspólnie wypitej kawy, kiedy podwiozłem ją na dalekie osiedle małych, uroczych domków , przed jednym z nich poprosiła, abym się zatrzymał i wysiadając już powiedziała:
-powinnam zaprosić pana na kawę- a ja zbyt skwapliwie skorzystałem z tego zaproszenia, a może tylko zdawkowego powiedzenia...tak, szybko się zgodziłem, aby się tylko nie rozmyśliła i nie zniknęła w drzwiach, wysiadłem i pobiegłem za nią w strugach deszczu na mały ganek. A kiedy po dwóch godzinach wróciłem do domu i zastałem Joannę wiszącą na telefonie, nie ukrywam, że po raz pierwszy było mi to na rękę. To też mógł być pierwszy sygnał dla Joanny, bo zawsze po wejściu do mieszkania, czymkolwiek nie byłaby zajęta moja żona , pochodziłem do niej i witałem tego swojego najlepszego przyjaciela całusem....Ale Joanna miała na głowie cudze kłopoty, coś tam komuś tłumaczyła, przekonywała, pomachałem do niej ręką, odmachnęła i dalej wydawała z siebie te swoje niezbyt wyrafinowane słówka. Wprawdzie moja doskonała żona nigdy nie rozliczała mnie z czasu spędzonego poza domem, ale dzisiaj po raz pierwszy wiedziałem, że gdyby od niechcenia spytała,
gdzie byłem, skłamałbym. Szczęśliwy z takiego obrotu sprawy, wyciągnąłem z mikrofalówki talerz z buryto ( Joanna często zostawia mi jedzenie w taki sposób, ze względu na mój nienormowany czas pracy ), zjadłem i poszedłem do salonu. I chciałem tu posiedzieć sam, jeszcze raz rozsmakować w sobie pogawędkę z Weroniką, przypomnieć sobie jej oczy, jej aksamitną barwę głosu, tematy, których tak dużo poruszyliśmy. Dawno nie czułem się tak dobrze w towarzystwie młodej, pięknej kobiety.
Taaaak.....to się zaczęło w kwietniowy , deszczowy dzień, to trwało , nabierając coraz więcej intensywnych barw, kolorów tęczy, uśmiechów z głębi serca, adrenaliny, kiedy w pracy tak bardzo trzeba było się pilnować....pozorowanych wyjazdów, które spędzaliśmy w jej przytulnym , panieńskim pokoju na pięterku. I coraz trudniej było mi wracać do domu, do Joanny, która przytulała się do mnie nieświadoma tego, że jej
mężczyzna już nie jest jej. Z czymś nie potrafiłem się ukryć, coś musiało być czasami w moich słowach, gestach, na które ja nie zwróciłem uwagi, a które bezbłędnie odczytała moja żona. Od pewnego czasu i też zauważyłem to zbyt późno, Joanna nie przytulała się do mnie po przebudzeniu, a te nasze poranki przez tyle lat były takie cudowne, nie, nie chcę o tym myśleć, poranki z Weroniką będą też piękne , muszą nadejść te poranki i sama myśl o nich przesłania mi chyba rozsądne myślenie ... Czasami dostrzegałem wzrok Joanny , taki dziwny, uważny, czułem że wpatruje się we mnie intensywnie, a na jej czole przybyło jak by więcej zmarszczek. I już wiedziałem, że moja żona wie, że moja żona czuje. To ja powinienem z nią porozmawiać, to ja pierwszy powinienem jej powiedzieć o tym, że chcę przenicować całe nasze życie , że będę ją kochał zawsze, ale z dala od niej, że zawsze będzie mogła na mnie liczyć, ale nie mogę już z nią być. Powinienem, ale jeszcze nie potrafię. Układam to sobie w myślach, ale im bardziej to wydaje się być poukładane, tym coraz bardziej pachnie absurdem....Co ja mam powiedzieć? Że kocham cię nadal Joasiu, tylko inaczej? Czasami budzę się w środku nocy, patrzę na Joasię zwiniętą w kłębek z lekko rozchylonymi ustami, posapującą przez sen, chciałbym ja wtedy przytulić, zamknąć w ramionach , chciałbym móc jej powiedzieć, że w tych ramionach zostanie na zawsze. I wtedy staje mi przed oczami twarz mojej Weroniki, te jej ogromne oczy patrzące na mnie z taką miłością, że już wiem, dla mnie nie ma odwrotu. Chęć przytulenia odchodzi równie szybko jak przychodzi, odwracam się cicho na drugi bok i staram się zasnąć...A potem przychodzi taki ranek, jak dzisiejszy, kiedy czekam, aż Joasia zdecyduje się w końcu wstać, to jest wybawienie, zaciskam mocno oczy, udaję, że śpię tak twardo i wiem, że ona wie, że ja udaję i czuję się z tym jeszcze gorzej.

 



 

 

Z pamiętnika nieszczęśliwie zakochanej

                         (opowiadanie)

 

Taki sen, taki ranek

 

Bo sen miałam piękny... tak nie chciałam się z niego obudzić...tak chciałam jeszcze śnić.  Miałeś kiedyś taki sen? Już wiesz, że się budzisz, już wiesz, że to nie sen, a jednak ten sen jeszcze trwa, tak chcesz wrócić do niego...i...wracasz? 

Wyobrażenia, sny...a przecież my, choć wirtualni, nie jesteśmy fikcyjni,  istniejemy w prawdziwym świecie, mamy podstawy do uruchamiania wyobraźni, to nie ona nas stworzyła, nie wymyślił nas żaden literat, ale skąd możemy mieć pewność, że nasze całe życie nie jest tylko snem? A poza tym , poza tym ,  może wcale nie byłoby nam razem tak pięknie w życiu, jak jest tu , w telefonach, w słowach wymawianych najczulej jak tylko człowiek może mówić do drugiego człowieka, w przytulanie tej cholernej słuchawki, w snach tak niespokojnych i pozostawiających złudzenie czegoś najprawdziwszego na świecie? Bo chyba , tak myślę , coraz częściej tak myślę , trzeba się zobaczyć, dotknąć, w oczy spojrzeć , poczuć ciepło, poczuć ten prąd, czy będzie taki sam jaki teraz wywołują nasze szepty i nie wiem, jak to się stało, że bez tych odczuć tak mocno potrafiłam Cię pokochać i tak mało Cię mam , jak to się stało? 

 I tylko w tym śnie miałam Cię blisko, mogłam Cię dotknąć i mogłam śmiać się do Ciebie i mogłam patrzeć na Ciebie zmrużonymi oczami i to było takie realne.

A przecież jestem jak ten gołąb na dachu, a Ty obok siebie masz kogoś do prawdziwego kochania , ale co to jest prawdziwe kochanie? 

I które z tych kochań ( stwarzam słowa nowe na własny użytek, niebywałe!) jest najszczersze do bólu?

Zajrzyj znowu do mojego snu , było mi tak... bezpiecznie , tulę mocno , bardzo mocno. I wracam do tego realnego świata, otrząsam się ze snu, chociaż uśmiech jeszcze błąka się po twarzy.

 

I takie klimaty też bywają

  

Kiedy wczoraj (dziś?) odłożyłam na bok słuchawkę, którą tak mocno ściskałam w ręce wbrew temu co mówiłam o spaniu, sen wcale tak szybko nie przyszedł.
  Żaluzje były odsłonięte a ja sobie patrzyłam i patrzyłam na tę noc za oknem , przypomniały mi się te wszystkie rozmowy nasze,  tak powolutku zaczęły mnie ogarniać marzenia ,  rozmowa przed snem , taka inna , tak dużo dająca do myślenia , tak bardzo pozwalająca uświadomić sobie kruchość życia, kruchość marzeń, delikatność uczuć i tak bardzo uświadamiająca , że dal w jakiej się my obydwoje znajdujemy  jest dalą nie do pokonania. I był taki moment tej nocy, kiedy sen nie chciał przyjść, że kolana zrobiły się miękkie a serce zaczęło walić jak oszalałe i nic nie mogłam z tym zrobić, nie mogłam przestać drżeć i tak bardzo zaczęłam się modlić o sen, niechby już przyszedł, niechby już otulił, niechby pozwolił na zapomnienie tego o czym nie chciało się już myśleć , ale nie, to była chyba kara wymierzona we mnie , kara za zbyt wybujałe myślenie o tym, czego ja chciałam całą swoją podświadomością, a co cały czas rozbijało się o , no tak, o to prawdziwe życie , tylko, że ja to właśnie wyrzucałam, a zostawiałam  samą esencję i nagle teraz okazało się, że i tej esencji już nie ma , pamiętasz? Czasami Ci mówiłam, że ciągle mnie czegoś uczysz , ciągle coś mi uświadamiasz nie zdając sobie czasami z tego sprawy , czasami jest coś takiego w głosie drugiego człowieka, czasami jest to jedna nutka, czasami tylko jedno słowo i padają mity. I wtedy znów wzięłam słuchawkę do ręki i tak bardzo chciałam usłyszeć Twój głos i , no i wystraszyłam się, że nie odbierzesz, że Ciebie już tam nie ma. Odłożyłam tę słuchawkę , tak mocno przytuliłam się do poduszki i nie pamiętam już nic więcej.
Bo jednak sen w końcu przychodzi i mnie też wybawił od myślenia skołowanego , a kiedy rano otworzyłam oczy słońce świeciło, upiory nocne rozpłynęły się i znów nowy dzień , nowy , więc powinien być optymistyczny, a nie jest. A teraz , kiedy siedzę tu i usiłuję opisać Ci swoje klimaty tak jak by oczy zwilgotniały , niepotrzebnie przecież , bo co komu po wilgotnych oczach, co komu po tej mgiełce, która wzrok zasnuwa.
Dobrego dnia Ci życzę Kochanie , dobrego dnia , przynajmniej Tobie.
Ja pewnie już zostanę taka niereformowalna w głupich uczuciach, w głupim przeżywaniu czegoś, czego ani dotknąć, ani poczuć całym swoim  jestestwem , wiem, wiem , znów kręcę, kołuję, naginam do potrzeb  własnych , ale Ty , Ty przecież wyrozumiały jesteś. Ty po prostu  bądź. A nocnych demonów już nie ma , poszły spać do następnej jakiejś nocy, kiedy znów pokażą swoje drapieżne ramiona , ale to dopiero będzie , więc może i ja uśmiechnę się do tego dnia nowego , do Ciebie w tej dali nieosiągalnej , przytulę się leciutko i wrócę do swego świata.

 

Daj mi, proszę dobry Boże, zamiast drogi to bezdroże

 

Posłuchaj , kiedy dostałam dzisiaj tę piosenkę i ją przesłuchałam, przeszedł mnie dziwny prąd , posyłam ją Tobie ,posłuchaj cichutko , może też Ci się spodoba. Daj mi, proszę dobry Boże, zamiast drogi to bezdroże, no i mam, mam bezdroża, nieznane zakręty , skrzyżowania , bez znaków nawigacyjnych , zagubiona się czuję ,  już nigdy nie poproszę...zamiast . Chociaż? Mogłam nie mieć nawet bezdroży w tym czasie najgorszym z najgorszych, to chyba nie jest tak źle, co Kochanie?

 

 Ech , cholera ,dziki , zdziczały bluszcz

   

Nam tylko to.....co może się przyśnić.......

NIE OBIECAŁ NAM SZCZĘŚCIA ŻADEN LOS....CZEMU???TUTAJ  Ja...A TAM  Ty...

QUO VADIS DOMINE???? QUO VADIS???  Przepraszam , to taki ranek , takie myśli. Już zmieniam nastrój , jeśli potrafię , wchodzę w dzień,  jakoś minie i ten ranek i ten dzień i następne dnie też miną jak siedemnaście mgnień wiosny. Całuję.

A potem milczeć w cieniu, milczeniem

  

Co tak dużo różnych znaczeń ma.
Jezu, jakie to prawdziwe , to tak jak by serce mówiło , głupie
serce wyrywa się tam, gdzie mu zakazano.
 

 

To tylko nocna rozmowa , tylko 

 

 Dzisiaj nie po raz pierwszy, ale chyba najboleśniej poczułam , hmmm, ukłucie? małe zwichrowanie?  kiedy zupełnie niespodziewanie przypomniały mi się Twoje słowa "moja żona" i taki realny obraz miałam przed oczami. Bo podświadomie chyba  jakoś w rozmowach z Tobą zapominam o tym, a może tylko nie dopuszczam do siebie tego faktu, spycham go głęboko, żeby nie mieć wyrzutów sumienia?  Czy Ty widzisz, co ja robię? Czy Ty widzisz co ja robię od tak długiego czasu ? Zadaję się z żonatym facetem...ja??? Wiesz, co ludzie mówią o takich kobietach, prawda? To takie kobiety wini się za wszystkie niepowodzenia, to one są winne , jeśli w małżeństwie coś się nie układa.  To już rozumiesz, że nieproszone myśli przeszły jak wicher i zachwiały zupełnie niespodziewanie moją psyche.
  I tak sobie myślę, że kiedyś napisałam do Ciebie pożegnalny list i trzeba było na nim poprzestać. I wcale nie jestem pewna, że to byłoby dobrze , wcale nie i  to jest właśnie NIEWYTŁUMACZALNE.
Czasami mam sobie za złe, ze nie potrafię się w tym wszystkim odnaleźć , bo może powinnam być egoistką , może powinnam nie zwracać na nic uwagi, nie dopuszczać do głosu sumienia , brać pełnymi garściami to dobre co mi dajesz , bo dajesz mi tak wiele. Próbowałam stanąć z boku , popatrzeć na to, co między nami zaistniało okiem z zewnątrz, o ile to możliwe , moje  trzeźwe spojrzenie....możliwe? I gdyby ktoś mi opowiedział taką historię? Boże, przecież odradzałabym każdemu , przecież to niemożliwe do przeżycia , próbowałabym temu komuś tłumaczyć, że taka miłość nie jest możliwa, że nic nie może dziać się w wyobrażeniach. Ale cóż to za  wyobrażenia, kiedy bycie z Tobą jest dla mnie takie realne, wręcz  namacalne. Kiedy mówisz do mnie  - całuję cię - ja to czuję , kiedy głaszczesz mnie słowami , ten prąd, który przebiega moje ciało jest najprawdziwszy na świecie. Czy można mieć aż taką wyobraźnię?
  Może to choroba jakaś? To nierealne , a jednak, nam się to przytrafiło , a przecież nie jesteśmy nastolatkami, którzy mają pstro w głowie i ulegają różnym fascynacjom, biorą je za głębokie uczucie.

Na jakich przejściach naszych własnych, na traumach, które były naszym udziałem i które każde z nas przeżywało po swojemu , zrodziło się to uczucie.
  Takie piękne, delikatne, urocze snucie niteczek było na początku, tak bardzo nam potrzebne, chociaż każde z nas pewnie czego innego oczekiwało , coś nas połączyło dziwnym węzłem, dziwnymi powiązaniami , tyle przeżyć razem , tyle słów. I okazało się, że przecież oczami duszy widzisz tę drugą osobę, wyczuwasz jej nastroje, wyczuwasz szczerość i wszystkie inne uczucia, to tak jak w życiu najprawdziwszym i może dlatego te uczucia są takie prawdziwe? Niteczki zamieniły się w mocne sznureczki?
Ja tylko wiem co czuję do Ciebie, tego jednego jestem pewna, a całej reszty zrozumieć nie mogę , ale czyż nie najważniejsze jest właśnie to...czucie???
Bo wszystko inne zrobiło się takie mało ważne, bo takie smutne i jałowe  jest życie bez miłości. Teraz, w tej chwili tak bardzo pragnęłabym móc usiąść blisko Ciebie i o wszystkim móc porozmawiać , tak słuchałabym zachłannie wszystkiego co mówisz i w oczy mogłabym Ci spojrzeć i przytulić się i tym przytuleniem , takim ciepłym powiedzieć więcej niż słowa mogłyby wyrazić. Niesamowite jak silna jest ta potrzeba w tym momencie , aż mi...hmmm...nie...nie powiem. I teraz ta rozmowa z Tobą, kiedy siedzę na tej poczcie pisząc do Ciebie , mam mokre włosy, cieknie mi jeszcze z nich woda , taka roztrzepana tu siedzę, a przecież chyba nie chciałabym, abyś mnie taką oglądał w realnym świecie , realnie bałabym się odrzucenia własnej niedoskonałości , chociaż wiem , że doskonałe nie jest nic , absolutnie nic.  I boję się myśleć, co będzie jutro , czy , jeśli się obudzę uda mi się przezwyciężyć w sobie te smutki, te zwichrowanie, czy potrafię iść do ludzi i udawać, że jest dobrze.
 I tak bardzo mi odpowiada Twoje towarzystwo tej nocy ( i nie tylko tu i teraz) , Twoja wrażliwość, dobroć, mądrość, ciepło i serdeczność. I czy Ty masz w końcu jakieś wady? A zresztą możesz mieć ich do licha i trochę, całe mnóstwo wad możesz mieć, bo przecież kiedy się kocha, nie widzi się wad a zresztą z wadami kochanego człowieka żyje się łatwiej , a ja Cię kocham , chociaż wiem , że nam tylko czekać biernie i wierzyć, że?
Mój Boże, znowu zaczynam się rozklejać ,  potrzymaj mnie za rękę, kiedy będę zasypiała , wiesz, że ja to poczuję i będzie mi znów tak bezpiecznie , chociaż na tę jedną noc. A ja Cię całuję na dobranoc i nie miej mi za złe tego pisania, ale to
jedyny , znany mi sposób, abym mogła znów iść do przodu, abym się nie  zgięła, abym potrafiła kochać Cię nadal , wbrew temu co ludzie mówią o  takich jak ja... Dobrej Nocy.


Udręka? 

 

 Bo widzisz, czuję się tak, jakbym dotarła do bram raju, a tam kłódka przepotężna, klucza brak, wyrwać nie można , taka pustka dookoła , jakbym straciła panowanie nad kierownicą, a przede mną tylko przepaść , tak się chyba tonie , tak tonie dusza , dusza udręczona, umęczona. Ciągle jeszcze myślę, że skoro nic nie jest nam dane na zawsze, nic po nic...to po co? 

 

 

Odejść? Zapomnieć? 

 

Dobry wieczór...dobranoc...do widzenia...nie, tak nie wolno, zwracasz mi uwagę, żeby nie tak, u nas aktualne jest - do usłyszenia. Nie chcę , już nie chcę mówić do Ciebie - do usłyszenia - nie mam siły na Twoje nastroje , nie mam siły na to , aby nie myśleć o Twoim życiu do którego bronisz dostępu, obwarowałeś się  zakazami, ustanowiłeś granice, teraz wyrósł mur między nami , nie mam siły, aby go taranować , nie umiem rozwalać murów. Będąc na Twoje skinienie, będąc w ciągłym pogotowiu na Twoje rozdawanie talii sama sobie nie daję szansy na normalne życie. Ty masz to co chcesz mieć, bierzesz i dajesz tyle na ile Cię aktualnie stać, a stać Cię na  bardzo mało dla mnie, bo jesteś  w swojej własnej Ameryce, ja stojąca na uboczu, na aucie, nie mogąca rozgrywać , godząca się na każdy Twój gest , już nie chcę , wybacz , nie miej za złe, że głowę podnoszę,  wybacz, że zatęskniłam za normalnością , postaraj się zrozumieć tak, jak ja przez ostatnie lata, miesiące zawsze rozumiałam Ciebie , podporządkowałam Ci całe swoje życie. Kochałam i kocham miłością bezwarunkową i dlatego właśnie, że miłość jest bezwarunkowa muszę po prostu odejść. Ja nie wiem, czy to będzie lepiej czy gorzej , pewno czeka mnie nie jedna bezsenna noc, pewnie poduszka będzie mokra od łez, pewnie nie raz ręka sięgnie po telefon i bezwładnie opadnie. Dużo będzie tych gestów niezrealizowanych , ale przecież czas jest miłosierny, ja umieram, ja umieram z tęsknoty, z niemożności , a moje marzenia? Gdybym komukolwiek opowiedziała o swoich marzeniach, pragnieniach, tęsknotach , zabiliby mnie śmiechem, kpiną, szyderstwem, w najłagodniejszym wymiarze...wzruszeniem ramion. Mój Boże, w tym wieku nie robi się planów , w tym wieku nie marzy się o miłości , w tym wieku...a przecież tyle jest we mnie uczuć, tyle jeszcze dobroci, wrażliwości serca, czułości , chciałabym to komuś ofiarować. Może znajdzie się ktoś, kto wyciągnie po ten cały inwentarz rękę. Będąc z Tobą zamykam przed sobą wszystkie drzwi. Ty nie tracisz niczego , to Twój sposób na życie jałowe , bez wzlotów. Dla mnie wegetacja, oczekiwanie na sms, telefon, gdzie słowa są wypowiadane z szybkością karabinu maszynowego , byle ktoś z boku nie usłyszał. Szybciutko , kilka czułych słów i zostaje sygnał przerywany , połączenie przerwane przez Ciebie , dajesz mi  tyle sekund ile chcesz , nigdy więcej.

 

 

 

To tylko myśli , szalone , nieokiełzane

 

 

Dużo ich , tych myśli , kochasz mnie , tęsknisz , ja kocham , ja tęsknię.  Jaką wielką moc sprawczą mają Twoje słowa wypowiadane czasami szeptem , czasami zbyt szybko , a czasami z nutą nostalgii w głosie. Mówisz o tym , mówisz do mnie ,  słyszę Twój głos, wchłaniam w siebie Twoje najlepsze, najczulsze słowa, ciągle mi ich mało, ciągle chcę je słyszeć i sama chcę do Ciebie mówić najlepszymi słowami, jakie można utkać z potrzeby serca i wrażliwości na drugiego człowieka. Ja tylko potrzebuję czasu , dużo czasu , czy się oswoję , nie wiem , czy nam pisana jest taka miłość aż po kres , czy nam pisane bycie ze sobą, które ciągle jest w wyobrażeniu, w marzeniach ale coraz bardziej chwytające za serce, dławiące gardło. I tylko we mnie coś się tak... zacina? Bo czekam , czekałam ,  ale czym jest czekanie?   Zapowiedzią , tęsknotą, strachem , nadzieją , niepewnością , lękiem , przemyśleniem , wyborem ,
decyzją , postanowieniem , symbolem , sprawdzianem ,  lekcją pokory ,
udręczeniem , karą , ale za co? za miłość? miłość to nie kara , to coś cennego , nie każdemu dane do przeżycia , ale czy ci, którym dane potrafią temu sprostać?  Miłość nie lubi czekać i one , te myśli szalone , dużo ich  , za dużo , ciągle zostaję z nimi sama ,  odpycham je ,  a one uparte obsesyjne , dopadają mnie , zawsze mnie znajdą , jątrzą , spokoju nie dają , przeganiam je , wracają , rozum usypiają , marzenia , wizje , myśli niepokorne , istne jądro ciemności ,  strach , nadzieja , potrzeby
zbudzone ranią ,  chwila niebiańska , niebyt , czarna dziura , ciemno , wiatr , deszcz , słońce , sprzeczności , brak konsensusu i ja , tylko ja  i one ,  nic więcej , nikt więcej.
Boję się ich  ale czekam na nie ,  uwodzą mnie , sama je tworzę , gdzieś tam są , są moje ,  przestałam je odrzucać ,  dopuściłam je ,  w pewien sposób czekałam na nie ,  one były ,  będą ,  może się oswoję z nimi.  Skąd się biorą? Nie dają spokoju ,  jak natrętna mucha ,  jak pożądanie , zaspokajasz na chwilę , odchodzą ,  za chwilę są , znowu są. Nie uwolnisz się ,  nie uciekniesz ,  nie przestaniesz , nie zobaczysz ,  dopadną mnie , znowu , gdziekolwiek będę. Chcę zasnąć , budzą , już się nie bronię , zamykam oczy ,  już się nie boję. Boję się co dalej.  Miotam się , szukam ,  nie wiem czego.  Rozdrażnienie ,  strach przed sobą , inną , nową , uczucia ,  jeden człowiek ,  tak ważny , najważniejszy ze wszystkich ludzi , przesłaniający świat , przesłaniający innych , nie do przebicia , nie do przecenienia. Emocje.  Jedna prawdziwa , najprawdziwsza , to miłość , idę do przodu, a nie posuwam się , od emocji do emocji , trochę żal , światełko w tunelu ,  długi tunel ,  ciemno ,  nie chcę ich , znowu są ,  to moje myśli . Porąbało mnie , gubię się ,  wypalam się ,  coś przepadło , czy na zawsze? Ale nie ma takiego słowa w moim słowniku słów własnych, wytworzonych z potrzeby chwili , na użytek zupełnie nieużyteczny, ale potrzebny. Same  sprzeczności , rozpadło się?  uległo anihilacji? pękło? nie
wiem, jak to nazwać ,  nie ma takiego słowa, które by nie kończyło, a dawało nadzieję , ale na co? jaką? ale dzięki niej przecież mimo wszystko idę i przecież to światełko w tunelu widzę wbrew rozsądkowi i rozwadze , ale co to jest rozsądek?  Dlaczego rozsądek jest ważniejszy od miłości? Rozwaga jest taka zimna , jak lód , nie ogrzeje serca , cholera ,  życie w świecie ułudy, wyobraźni, gdzie nie wiadomo jak się poruszać, takie zaczadzenie ,  ale... to dzięki Tobie odkryłam cudowną przyjemność bycia ze sobą , dziwnego bycia, niby osobno a tak bardzo razem, niby daleko od siebie, a przecież tak bardzo blisko, że czasami ta bliskość jest wręcz namacalna , taka niepojęta, niespotykana i zupełnie nowa dla mnie skala doznań. Ja ta sama  ale nie taka sama.
Myślałam, że przywyknę do mojej samotności, do konsumowania dalszego życia , ile by go nie było bez obecności takiej bliskiej drugiego człowieka,

a teraz, kiedy wiem , kiedy ciągle przeżywam obecność Twoją w swoim życiu , kiedy wiem, że dalsze życie też może być smaczne, doprawione, podane.
Boże mój, czemu tak ciężko się z tym wszystkim uporać?
I ja chyba zgłupiałam, bo od jakiegoś czasu męczy mnie przeświadczenie , takie bardzo wiarygodne, że w jakiś sposób byłeś , jesteś bliziutko mnie ,  otarłam się o Ciebie , o Twój oddech , jak bym go czuła , przecież go czułam , przecież Cię dotykałam , przecież ciągle jesteś , obok , z tyłu , nigdy przede mną , równy krok , wspólny oddech , milczenie , nie zawsze ciężkie , czasami słodkie....głupieję
No i sam widzisz, co się ze mną dzieje?
Tylko moje myśli, późną nocą zebrane i przelane tutaj mogę Ci
dać. Tylko one ze mną będą zawsze , aż po kres ,  widzisz, jakie
wierne?
Dobrego, Najlepszego Dnia Ci Życzę.

 

 

 

 



 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Od początku stronę odwiedziło już 45976 odwiedzających
Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę internetową?
Darmowa rejestracja