ZMIERZCHEM  
 
  Zatrzymane w pamięci- historie najprawdziwsze w świecie 06.04.2026 20:05 (UTC)
   
 


Zwyczajnie żyć - nie było łatwo, choć wszystko się już wydarzyło...






Czy lubicie wracać do przeszłości? Do tych najdawniejszych lat, gdy wszystko było takie proste, gdy ktoś nas karmił, ubierał, dbał o nas i nawet za nas decydował? Mam tak wiele wspomnień z dzieciństwa;

 z dzieciństwa, które mimo siermiężności było na pewno szczęśliwe i { nie} beztroskie...



 



 
TORY
 

 

Aby jako tako zachować ciągłość moich wrażeń z dzieciństwa , muszę zacząć od torów , pociągu i tego co się przydarzyło pewnego letniego i bardzo późnego wieczoru w bardzo odległej przeszłości.
Mieszkaliśmy na małej, urokliwej uliczce , za tą uliczką było już tylko pole, jakieś pagórki, łąki , potem tory kolejowe , a za torami stał mały domek dróżnika , obok jakieś łąki i małe bagno...tak...pamiętam, że wszyscy mówili na to mini jeziorko...bagno właśnie ( tu właśnie chciałam wkleić ten urokliwy domek dróżnika, który stoi do dziś, nie udało mi się).
Nasi rodzice byli zaprzyjaźnieni z dróżnikiem i jego żoną. Czasami się odwiedzali...rodzice częściej...mieli pewnie więcej czasu...dróżnik prowadził małe gospodarstwo oprócz swojej pracy, była tam krówka, jakieś świnki...co dwa , trzy dni chodziło się do nich po mleko.
Tamtego wieczoru rodzice wybrali się niby po mleko, ale może to były czyjeś imieniny, w każdym bądź razie rodzice wybyli wieczorkiem, nakazując nam siedzenie w domu, a C. specjalnie opiekowanie się mną. A pieczę nad nami miał sprawować nasz najstarszy brat. I żebyśmy sami poszli spać, bo oni wrócą trochę późno. Z tamtego wieczoru pamiętam tylko jakieś fragmenciki, na przykład ten, gdy J.  szybko się ulotnił i zabronił nam komukolwiek o tym mówić;  potem swój płacz, kiedy C.  kazał mi się ubrać , bo, pójdziemy do rodziców. Za oknem było ciemno, straszno. ja miałam lat około 5 , a C. był 2 lata starszy, ja bałam się straszliwie tej drogi po ciemnych polach i prawie bezludziu, mój braciszek wręcz odwrotnie, odważny był, uparł się, że wyjdziemy im naprzeciw, co go opętało nikt chyba nigdy się nie dowiedział i nie dowie; więc pamiętam ten płacz swój i upieranie się, że nie pójdę, ale zostać samej w domu? Bo zagroził, że zostawi mnie i pójdzie sam, nie miałam wyboru. I tak dwa pędraki trzymające się mocno za ręce wyruszyły w ciemność, dla takich malców odległość była niesamowita;  mnie ponoć nogi po pewnym czasie odmówiły posłuszeństwa, ale byliśmy już przy torach. Po drugiej stronie widać było dom dróżnika, ale do domu mój odważny braciszek bał się wejść. Postanowił, że poczekamy na torach właśnie. Siedzieliśmy dość długo i nie wiedzieć kiedy usnęliśmy tam , na tych podkładach, a pociągi tamtędy przejeżdżały tak mniej więcej co 2 godziny.
I tyle mego pamiętania, a całą resztę znamy już z opowiadań rodziców.
Zasiedzieli się tam, chyba jakaś mała wódeczka była, ale w pewnym momencie ojciec nagle zerwał się od stołu i powiedział, że muszą natychmiast wracać do domu. Dziwne było, że to właśnie ojciec tak nieoczekiwanie i nie przewidująco dla otoczenia się zachował, gdyby to mama ale on...? Z perspektywy minionych lat dzisiaj to akurat mnie nie dziwi, ojca przeczucia, wróżenie z kart, które o dziwo się spełniało, jego sposób patrzenia na świat. trochę dziwny kiedyś, dziś bardziej zrozumiały... więc kiedy prawie wybiegli z domu żegnani przez zdziwionych gospodarzy (bo dość nagłe było to zerwanie się od stołu) w oddali już było widać pociąg. Ojciec dobiegł do torów i nagle wyłożył się jak długi, potknął się o nas, mama coś tam do niego powiedziała, pewnie coś w rodzaju, że się upił i wtedy zobaczyli o co się potknął. Dwa aniołki przytulone do siebie smacznie spały. Jezu...ojciec po latach twierdził, że pierwsze siwe włosy wyszły mu właśnie na tych torach; kiedy nas podnieśli z torów i schodzili w dół , pociąg ze zgrzytem przeleciał obok nich. Mieli miękkie nogi i jeśli jakakolwiek wódeczka tam była, to wytrzeźwienie nastąpiło błyskawicznie. Długa chwila minęła zanim zdolni byli do jakiegokolwiek ruchu.
A ten następny ruch był taki, że wrócili do przyjaciół i dopiero wtedy mój kochany tato napił się wódki naprawdę i do bólu. Twierdził, że było co świętować. A my? My byliśmy bardzo zdziwieni, kiedy rano obudziliśmy się w obcym domu.  

Widać , po coś musieliśmy jeszcze żyć.






Wspomnienia o okresie twórczości artystycznej z tamtych lat, nie zachowały się , niestety w mojej pamięci….ale za to zachowały się takie....chyba też cokolwiek związane z artystycznymi ...akcesoriami





PRZEBIERANKI


Ta historyjka była wiele razy wspominana na rodzinnych spotkaniach...ilekroć ją wspominaliśmy , setnie byliśmy wszyscy nią ubawieni...i nigdy nie doszliśmy jak to się mogło zdarzyć, że w ogóle się zdarzyło.
Jak wspominałam gdzieś tam wcześniej, mam dwóch braci, obaj starsi ode mnie, jeden bardziej, z drugim dzieli nas różnica dwóch lat. Ten najstarszy z nas chadzał własnymi ścieżkami i był chyba bardziej ułożony, zresztą przez długi czas myślałam, że najbardziej przez rodziców kochany, chyba źle myślałam ; my z C. widocznie byliśmy zdani sami na siebie i może to dla zwrócenia na siebie uwagi popełnialiśmy te wszystkie "wykroczenia".
Ta historia przydarzyła się ( to ważne dla zrozumienia grozy naszego rodzica) kiedy ten rodzic był ważnym prezesem PSS ( był kiedyś taki twór).

 

Któregoś pięknego letniego dnia wpadliśmy na pomysł, aby ważnego tatusia odwiedzić w jego ważnej pracy
I może nie byłoby w tym nic takiego dziwnego, gdyby nie następny pomysł, postanowiliśmy ubrać się pięknie idąc na spotkanie z tatą, który wyszedł z domu zaledwie 2 czy 3 godziny wcześniej. Tęsknota nas ogarnęła czy co? Tylko dlaczego po te ubrania wybraliśmy się na strych i dlaczego aż tak się wystroiliśmy?
Mój braciszek zawsze twierdził, że pomysł był mój a on mi go tylko pomógł zrealizować, a ja myślę, że było akurat odwrotnie.
Ale pamiętam, że ja ubierałam swego brata, a on mnie.
Teraz sam miodzik- efekt naszej przebieranki- więc na początek ja:

 

długa, do samej ziemi kwiecista spódnica związana jakimś sznurkiem ( bo była o wiele za duża i za szeroka) tak samo większa o 5 numerów bluzka z jakimiś falbankami...i na to wszystko płaszcz do kolan ( a na dworze było w tym czasie co najmniej 30 stopni ciepła).  Ukoronowaniem mego ubioru był przedwojenny kapelusik z fantazyjnym piórkiem...to piórko najbardziej wszystkim utkwiło w pamięci, jak by kapelusz bez piórka mógł być mniejszym złem.
I mój braciszek: spodnie z olbrzyma też podwiązane sznurkiem, podwinięte nogawki, ogromna marynarka spod której wystawała jakaś kolorowa koszulina i na koniec czapka z nausznikami - w samym środku gorącego lata.
Nie do uwierzenia było to, że wyszliśmy z domu, przeszliśmy kilka ulic  i nikt nas z tej drogi nie zawrócił.
Widocznie ten kapelusik z piórkiem i czapka z nausznikami to były takie...czapki- niewidki...nikt nas nie zatrzymał ,  ale pewnie nie było osoby, która by się za nami nie obejrzała. Musieliśmy wyglądać zjawiskowo...dwóch cyrkowców trzymających się za ręce i maszerujących do...taty...dumni byliśmy z siebie, że taką mu niespodziankę sprawimy.
No i znów cała reszta to opowiadanie ojca.
Jak zwykle i jak to drzewiej bywało, dały o sobie znać jego przeczucia. Miał w tym czasie jakąś naradę, miała jeszcze trwać, gdy nagle poczuł, że musi natychmiast stamtąd wyjść , że musi wracać do domu, sam nie wiedział dlaczego, wiedział, że musi.
I kiedy szedł szybkim krokiem w stronę domu z daleka ujrzał tych cudaków , przez myśl mu przemknęło, że to pewnie jakieś małe cyganiątka, aż się uśmiechnął i...za moment o mało nie zemdlał...po latach nam powiedział, że był bliski zawału i popełnienia morderstwa na własnych dzieciach...mamie też ponoć nieźle się dostało...że nas nie upilnowała.
A nam było tak bardzo żal, że tato zabrał nas z tego marszu i kierunek dom- tam nas zaciągnął...a przecież chcieliśmy go w pracy odwiedzić...tylko tyle.



 Okres końca szkoły podstawowej obfitował w wydarzenia trudne do zapomnienia…HA!

 

 



JAK UCIEKŁAM Z DOMU

To była szósta klasa szkoły podstawowej, to pamiętam dokładnie, byłam już dość dużą dziewczynką. Zbliżał się koniec roku szkolnego, a ja miałam kłopoty. Duże kłopoty!

 

Dusiłam to w sobie, nikomu nic nie mówiłam, myślałam, że sobie poradzę. Sen z powiek spędzała mi fizyka. Fizyka, której nie cierpiałam, nie rozumiałam i nawet patrzenie na książkę od tego przedmiotu sprawiało mi ból. Całkiem poważnie groziło mi zimowanie, przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. W jednej  klasie ze mną był Sławek, który mieszkał dwa domy dalej, żulik i donosiciel jakich mało. Na lekcji pan od fizyki oznajmił przy całej klasie, że mam kłopoty, no, nastraszył mnie solidnie. Nie przewidziałam tylko, ze mój złośliwy kolega zamiast do swego domu, najpierw przyleci do mojego...wyprzedził mnie, powiedział mojej Mamie, w czym rzecz i ulotnił się zadowolony z siebie. A od siebie już tak na wyrost dodał, że zostanę na drugi rok w szóstej klasie.

 

Mama była złotą kobieta, jak przyszłam, to pochlipała nade mną, rzuciła kilka słówek o moim braku sumienia i powiedziała, ze Ojciec zajmie się resztą. A musisz wiedzieć, że Ojca baliśmy się wszyscy, bez wyjątków. On był kochany, ale surowy i starał się nas trzymać krótko. Moja wyobraźnia zaczęła pracować z prędkością światła, momentalnie wmówiłam w siebie, że mnie wykończą, gadaniem mnie wykończą, cholera, zabiją, że taki wstyd im przyniosłam, że nie potrafię spojrzeć Ojcu w oczy. Postanowiłam, że muszę na zawsze opuścić swoją rodzinę, beze mnie będzie im lepiej, ze mną same kłopoty. Pomyślałam, że taki wyrzutek jak ja, to może iść tylko do domu dziecka. Nie wiem skąd mi się wziął pomysł tego domu, wszystkie stłumiane żale wybuchły we mnie ze zdwojoną siłą. Przypomniałam sobie, że zawsze największe pretensje o wszystko były do mnie, chłopcom tak wiele wybaczano, bo to ...chłopcy. Ja, jako dziewczyna powinnam być układna, grzeczna i potulna.   Powinnam pomagać w domu, a nie włóczyć się nie wiadomo gdzie. Skądś tam miałam zakodowane w głowie  , że w sąsiednim mieście jest taki dom, więc postanowiłam jak najszybciej wprowadzić swój pomysł  w czyn. Poczekałam, aż Mama wyjdzie do ogrodu, zapakowałam w teczkę parę rzeczy, kilka książek, zabrałam złotówkę, która leżała na wierzchu, rozgrzeszyłam się z tej złotówki błyskawicznie, bo cóż to za problem. Za złotówkę uwolnią się od takiej czarnej owcy, która im tylko wstyd przynosi. No i jeszcze pożegnalny list, ponoć straszne bzdety tam wypisałam, na koniec było coś takiego, żeby mnie nie szukali, bo już nigdy tu nie wrócę. No, porąbana to ja jednak byłam zdrowo. Zajechałam na gapę do następnego miasta , do dzisiaj  nie wiem jak mi się to udało, konduktorów wtedy nie było czy co? Przecież powinni mnie w tym pociągu złapać. Ale się udało i wysiadłam na obcym dworcu. Jeszcze miałam na tyle rozumu, że kogoś zapytałam o drogę do tego domu. To było blisko dworca. Ale im bliżej podchodziłam do tego domu, tym bardziej przytomniałam. No dobrze, wejdę tam i co im powiem? Że zawaliłam szkołę, uciekłam z domu i chcę do domu dziecka? No przecież to się kupy nie trzymało. Jak będą mądrzy( a dlaczego mieliby nie być?) to mnie przecież odstawią do rodzinki szybciej niż ustawa przewiduje. A nakłamać? Też wyda się szybciej, niż by się mogło wydawać. Postałam tam, popatrzyłam,  no i już wiedziałam, że muszę wymyślić coś innego. Do domu nie wrócę, bo wstyd, list już na pewno przeczytali i nie honor było tam wracać. No to została mi jedna ostoja- moja ukochana Babcia, która była skłonna tolerować wszystkie moje wybryki, bo dla niej byłam najcudniejsza z całej wsi. Ale trzeba tam było dojechać, robił się wieczór, pociąg do niej odchodził o dwunastej w nocy, ja byłam strasznie głodna. Ale w kieszeni miałam tę ukradzioną z domu  złotówkę, więc na dworcu kupiłam dwie zwykłe bułki i poprosiłam o szklankę wody. Uwierzcie mi, smak tych suchych bułek pamiętałam bardzo długo. To było najlepsze jedzenie jakie kiedykolwiek jadłam. Po latach zastanawiałam się, jak to się stało, że nikt się mną nie zainteresował, że nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Że ja tak spokojnie i bezproblemowo realizowałam swój wariacki plan. Ten pociąg jechał do Warszawy  ,  zatrzymywał się w mieście Babci,  a , żeby było śmieszniej , to musiałam przejechać przez swoje miasto. Miałam do przejechania na gapę przeszło 100 km. Pociąg przyjechał,  weszłam do jakiegoś przedziału, położyłam się na ławce i udawałam, że śpię. I znów nikt mnie nie zaczepił, nikt nie sprawdził , czy mam bilet. Takie zaufanie swoim wyglądem wzbudzałam, czy co? Dojechałam szczęśliwie do Babci, opowiedziałam wszystko, a Babcia na to: a co się stanie jak zostaniesz na drugi rok? Już ja im powiem do słuchu, a co to? Twój ojciec to był taki święty? Niech popatrzy wstecz za siebie. Miałam tez z nim krzyż pański, niech zobaczy co to znaczy dzieci chować. No i jak ja miałam nie kochać swojej Babci?  Nie pamiętam kiedy po mnie przyjechali, a to,  co się wydarzyło w domu znam już tylko z opowiadań. Oczywiście list został znaleziony, rozpacz w kratkę, bo  nigdy nie wiadomo co takiej wariatce mogło strzelić do głowy. Zaczęły się obwiniania , Mama na Ojca, Ojciec na Mamę  , braciszkowie rozbiegli się po mieście, szukano mnie u koleżanek, przekopano park; do szkoły to też doszło i chyba dlatego tak bezproblemowo zdałam do następnej klasy. A gdybym nie uciekła? Potem się nieraz zastanawiałam. Pewno zimowałabym  w tej szóstej klasie jak dwa i dwa to cztery. A tak , grzecznie mnie w tej szkole potraktowali , świadectwo dali  i chyba obchodzili się jak ze  śmierdzącym jajkiem. I ta historia ośmieliła mnie do tego stopnia, że pół roku później wycięłam taki numer, że wstydzę się do dzisiejszego dnia na samo wspomnienie. Ale to zupełnie inna bajka.

 

W dzieciństwie i  w bardzo wczesnej młodości zawsze miałam pod górkę i niestety , chyba najczęściej na własne życzenie. 


 

"PAN TADEUSZ" -  lektura obowiązkowa


Historyjka, którą chcę opowiedzieć, zdarzyła się po pół roku od czasu mojej niesławnej ucieczki z domu. Miałam 13 lat i zaczęłam naukę w ostatniej klasie podstawówki.

 

A czas, kiedy to się zadziało to ferie zimowe w  siódmej klasie.
Kłopoty z nauką to ja miałam zawsze, ale jak mogłam ich nie mieć, kiedy zamiast wkuwać wiedzę z podręczników, wolałam swoje ukochane powieścidła. W czym ja się nie zaczytywałam, nie starczało już czasu na kucie, ale i wymagania miałam takie bardziej minimalistyczne...wystarczały mi dostateczne.
To zresztą idealnie pokrywało się z opinią, do której dokopałam się w szkolnym archiwum: "uczennica bardzo zdolna, ale wybitnie leniwa".
No...polemizowałabym, ale coś w tym było. Niezbyt pochlebna recenzja, nie ma czym się chwalić, ale zdobycie tej wiedzy pozwoliło mi spojrzeć łaskawszym okiem na swego młodszego synka. On , niestety okazał się nieodrodnym synkiem swojej matki, też był leniwcem pospolitym.
Kazania, które mu wygłaszałam ,  raczej nie miały w sobie ognia, bo gdzieś tam na dnie duszy czaiła się jak harpia ta opinia o mnie samej.  Ale odbiegłam od tematu, czas powrócić do tego , co chcę  opowiedzieć.
Moja historyjka jest ściśle związana z nauką właśnie, bo mimo wszystko jakoś tam szłam do przodu, chociaż swojej edukacji nigdy tak naprawdę nie skończyłam, bo przecież ciągle się uczę. Coraz to nowe, ciekawe doświadczenia, nowe zagadnienia pochłaniają mnie czasami bez reszty.
Historia wydarzyła się zimą i miała ścisły związek z "Panem Tadeuszem" Adama Mickiewicza.
Po zimowych feriach mieliśmy właśnie zacząć jego przerabianie, w ferie trzeba było poemacik przeczytać i stawić się w szkole gotowemu do "obróbki"
Ferie przeleciały jak jeden dzień, tyle się działo, zima była cudna, śnieżna , mroźna , dająca tyle możliwości- łyżwy, narty, sanki a wieczorami dużo ciekawsze książki od znienawidzonej lektury obowiązkowej.
Był czas na wszystko , a poemat leżał i cierpliwie czekał, nie dało się go przeczytać, gorzej, odrzucało mnie od tej książki.
Siedziałam ostatniego wieczoru przy gorącym piecu i problem sobie stworzyłam wręcz niewyobrażalny .

 

Jak iść jutro do szkoły, z czym tam iść, trochę wstyd, opinię z polskiego miałam niezłą ( jedyny przedmiot do strawienia), co zrobić, żeby do szkoły nie iść.
Teraz myślę, że rzeczywiście musiałam być nieźle nakręcona jeśli udało mi się wymyślić aż tak diaboliczny plan.
Bo nagle mnie olśniło, przecież mogę zachorować. To był ratunek.
Trzy lata wcześniej miałam zapalenie wyrostka , zabrali mnie do szpitala , wycięli co trzeba, to może teraz też by się udało?
Wprawdzie nie wiedziałam co mogliby mi tym razem wyciąć, ale gdyby tak udało się trafić na kilka dni do szpitala, to wystarczy, potem jakieś zwolnienie, wróciłabym do szkoły, a "Pan Tadeusz" byłby już wtedy tylko wspomnieniem.
Rozsądnie to ja wtedy nie myślałam, ale to,  co wymyśliłam, postanowiłam wprowadzić w czyn.
Kiedy w całym domu zrobiło się cichutko i wszyscy posnęli, ja zaczęłam cicho pojękiwać. Nic, zero reakcji, zwiększyłam tony, jęczałam już wcale mocno, z pokoju rodziców doszedł mnie jakiś dźwięk.
Dobrze, czyli ktoś mnie usłyszał, zdwoiłam jęki i już mama była przy mnie. Z troską się nade mną pochylała, mój Boże , nad każdym z nas zawsze się tak rozczulała, ale ja już nie myślałam jak córeczka, ja już weszłam w swoją rolę i wiedziałam, że się nie wycofam, powieka mi nie drgnęła, na pytanie co się dzieje, okazało się, że boli mnie wszystko.
Mama westchnęła, przyniosła mi termometr i całe szczęście, że na chwilę wyszła z pokoju. Wiedziałam przecież, że żadnej gorączki nie mam, ale tapczan stał przy gorącym piecu, przytknęłam do niego termometr, miałam jeszcze na tyle rozumu co by go umiejętnie nabić, 37 i osiem kresek  to było już niepokojące ale i nie wzbudzające zbyt wielkich podejrzeń.
Tato ubrał się i pognał do pogotowia, szpital był obok, rzut beretem, trzeba było tylko przejść przez ogród na skróty. Mógł  przecież zadzwonić, ale chyba racjonalne myślenie  jakaś czarna chmura  mu przesłoniła. Przyjechał  karetką z młodym lekarzem, pan doktor mnie obadał, osłuchał i powiedział, że najbezpieczniej będzie  zabrać mnie do szpitala na badania, ta blizna po wyrostku też pewnie zrobiła swoje ( kiedyś to jednak była służba zdrowia, nie to co teraz).
Z radości o mało go nie ucałowałam, dobry lekarz, zadbał o dziecko; wziął jeszcze do ręki termometr, popatrzył, całe szczęście, że nie kazał tej temperatury mierzyć jeszcze raz no i wylądowałam na chirurgii, bo tak zadecydowali na izbie przyjęć.
Szczęśliwa, że tak dobrze to się skończyło ( przynajmniej na razie) z tych emocji zasnęłam od razu, bo widmo "Pana Tadeusza" oddalało się całkiem realnie.
Rano obudziła mnie pielęgniarka podając mi termometr, znów miałam szczęście ( głupi je ma, prawda?) , moje łóżko stało przy kaloryferze, umiejętnie przetrzymałam ten termometr, nie za wiele, co by mnie za szybko z tego szpitala nie wykopali. Gorzej było z pobieraniem krwi...łaaa...aż zęby zaciskałam, ale czego się nie robi....a przy obchodzie tak pięknie mnie wszystko w środku bolało, pan doktor zlecił następne badania i już wiedziałam, że jestem uratowana.
Po trzech dniach tej swojej szczęśliwości , że ten mój plan działa tak bezbłędnie chyba zatraciłam instynkt samozachowawczy.
Spałam  jak suseł niczym się nie przejmując, dostałam rano termometr, przytknęłam go do kaloryfera i chyba przysnęłam; jak oddawałam ten termometr pielęgniarce tak jakoś dziwnie na mnie popatrzyła...( czułam to doskonale, wszak na złodzieju czapka gore) , a kiedy po obchodzie zaprowadzono mnie do gabinetu lekarza i kazano zmierzyć temperaturę  w jego obecności , to ja już byłam w domu. Po prostu wpadłam i za moment z wielkim hukiem wylecę z tego szpitala, mleko się wylało.
Leżałam na tym łóżku, a co sobie i o sobie myślałam, lepiej tu nie przytaczać.
I tak z tymi pokręconymi myślami zeszło mi aż do obiadu, nikt się mną nie interesował i ta cisza wokół mnie zaczynała być niepokojąca.
Po obiedzie przyszła pielęgniarka i...zrobiła mi zastrzyk...potem jeszcze jakieś tabletki...zgłupiałam kompletnie...dwa razy dziennie zastrzyki, jakieś tabletki kazano mi łykać, żadnego złego słowa.
Temperaturę nadal mi mierzono dwa razy dziennie, ale uczciwość już ze mnie biła, żadnych kaloryferów, oddawałam pokornie termometr , a temperatura na nim była wręcz książkowa.
Nikt na mnie nie krzyczał, rodzice mnie odwiedzali, przynosili smakołyki mama po głowie głaskała i tylko ciężko wzdychała.
Chciałam jej powiedzieć, żeby się nie martwiła, nic mi nie jest, ale przez gardło nie chciało mi przejść żadne takie słowo, bo już po prostu bałam się cokolwiek powiedzieć, ba, przestałam cokolwiek rozumieć.
Nawet taka myśl mi się zalęgła w głowie, że być może jakąś straszną chorobę u mnie wykryli, szybko tę myśl wyrzuciłam, bo czarnowidztwo nigdy nie leżało w mojej naturze. Może ja i byłam nieźle porąbana, ale trochę rozumu miałam, wiedziałam , że coś tu nie gra, łgałam w żywe oczy, a tu nic, uśmiechy, spokój, łagodne traktowanie....to niemożliwe co by mi się miało tak łatwo upiec to oszukaństwo, a jednak się udawało?
Po dwóch tygodniach zostałam z tego szpitala wypisana, do domu wracałam jak na skrzydłach, obiecując sobie solennie, że to ostatni taki mój numer, teraz już  w moim życiu zagości prawda i tylko prawda. I żadnych więcej szpitali…
Trochę bałam się gadania, bo przecież jakieś musiało być , a w domu spokój, zero rozmów na temat mego pobytu w szpitalu, w szkole, no...cudnie po prostu. "Pan Tadeusz" przerobiony, odłożony, na tapecie już było coś innego, a ze mną nauczyciele obchodzili się, jakoś tak grzecznie...i miło...jak rzadko przedtem.  
Z początku źle się z tym czułam, ale życie szło naprzód, nowe problemy, jakoś to się zatarło, zamazało.
Ale dziwnie niespokojne uczucia jeszcze długo ze mną pozostały.
I ta nieświadomość...bo coś było mocno nie tak.
Ale jednak , że coś było na rzeczy wyszło dużo lat później, kiedy byłam już bardzo dorosła, miałam własne dziecko, wtedy wzięłam mamę na spytki. Oczywiście, że lekarze się zorientowali, że udaję, po tym termometrze, ja tam wtedy „nastukałam ‘ przeszło 41 stopni....ale może i lekarze wtedy byli trochę inni, ponoć nasłali na mnie jakiegoś psychologa ( wtedy psycholog?...dziw jakiś ) , a ja się w niczym nie zorientowałam, faktycznie, ktoś tam ze mną rozmawiał, ale myślałam, że to ktoś odwiedzający, ale ja skryta byłam, sekretu swego nikomu bym wówczas nie zdradziła. Zastrzyki to był erzac, tabletki to witaminy.
Wszyscy bardzo dbali o to, abym się nie zorientowała, że wszyscy wiedzą, bo jakiś powód musiał być, że nastolatka ucieka przed czymś w chorobę.
Rodzicom  znów poradzono zrewidowanie swego postępowania w stosunku do mnie, szkoła też została uprzedzona, żeby ze mną raczej delikatnie, bo taka bardziej wrażliwa jestem, dlatego w domu nigdy mi tego nie wypomniano, chociaż wiedzieli, że udawałam, ale nigdy nie doszli dlaczego to zrobiłam.
No to głęboko odetchnęłam i powiedziałam mamie jak to było naprawdę. Popatrzyła na mnie ta moja najukochańsza mamunia i powiedziała...mam dwóch synów i w życiu nie miałam z nimi problemów ( no, tu trochę przesadziła...problemy z braciszkami były...może innej natury, ale jednak...były...były...) ale to , co ty nam dałaś, to się w głowie nie mieści...skąd się w tobie to brało...te wszystkie twoje dziwaczne pomysły?
No fakt, przysparzałam im trochę trosk, ale czy ja wiem dlaczego? Taka widocznie wtedy byłam , może inna , może za bardzo mnie nosiło, nie wiem.
Ale najciekawsze w tej historii jest to, że latem, już po zdanym egzaminie do liceum przeczytałam od deski do deski całego "Pana Tadeusza" i nie był to czas zmarnowany.
Zachwycił mnie do tego stopnia, że sama zaczęłam pisać poemacik, a zaczęłam go jakoś tak : Moje ukochane miasteczko, ojczyzno moja mała, gdyby mi przyszło żyć z dala od ciebie, umarłabym cała...itd... itp...prawdziwie częstochowskie rymy z wielką dozą dramatyzmu sytuacji.
Szkoda, że tego mego pisania z dzieciństwa nie udało mi się nigdy odnaleźć, tak to wszystko przed wyjazdem z domu na strychu ukryłam, że kiedy po latach przekopywałam ten strych, niczego nie odnalazłam.






W liceum nieprzewidziane wydarzenia nadal towarzyszyły mi wiernie….oto jedno z nich, czyli


  HISTORIA PEWNEGO ROWERU  

Ta historia zdarzyła się pewnego pięknego , letniego dnia , na pewno były to wakacje, bo była u nas Jagódka, córka siostry mojej mamy, którą to Jagódkę mama zabierała zawsze do nas na wakacje, bo tu tak bardziej zielono było, jezioro przecudnej urody a i ja do towarzystwa w sam raz się nadawałam, bo dzielił nas rok, ja byłam o ten rok właśnie starsza, więc towarzystwo dziewczę miało odpowiednie. Chociaż po latach wielu jak rozmawiałyśmy o tych dziecięcych spotkaniach, okazało się, a mówiła to już mocno dorosła Jagoda, że aż tak dobrze jej u nas nie było, bo zawsze w coś ją wpakowałam. Śmiałam się serdecznie z jej słów i przypominałam jej, że przecież na wszystko się zgadzała...chociaż jak się uczciwie zastanowić, to często usiłowała mnie przed czymś tam powstrzymać, ale chyba za delikatnie, nigdy jej się nie udało, ale szła za mną wszędzie jak w dym.
Dość tego wprowadzenia. Ma być o rowerze.
Ta historia zdarzyła się wiele lat temu,  mój ojciec nie miał samochodu ( był daltonistą, na szczęście żadne z jego dzieci  nie odziedziczyły po nim tej wady…na szczęście) a do pracy postanowił dojeżdżać rowerem. I tego właśnie pięknego letniego dnia wrócił do domu z pięknym, nowiutkim, błyszczącym rowerem, którym to rowerem miał następnego dnia jechać do pracy. Oznajmił to wszystkim domownikom, ze szczególnym akcentem na słowa „nie ruszać”, ‘nie dotykać” i te słowa były właściwie skierowane do moich braci.
Na mnie chyba nawet nie zwrócił uwagi.
Jezu, jak ja kochałam jazdę rowerem, zawsze pożyczałam od kolegów z ulicy takie starocie, coś za coś, 15 minut jazdy za tabliczkę czekolady, albo za jakieś znaczki, które podprowadzałam braciszkowi. Zawsze się coś na wymianę znalazło.
I teraz w komórce, zamknięty na klucz stoi nasz własny, piękny rower. I takim rowerem pojeździć...
Zawsze uważałam, że powinno się urzeczywistniać swoje marzenia, a to akurat marzenie do spełnienia , było w zasięgu mojej ręki. Nie skorzystać?
Za moment miałam już cały plan w głowie. Szepnęłam do Jagódki, że za moment pojedziemy nad nasze jeziorko( było takie, oddalone od naszego domu chyba ze 3 km, małe, urokliwe, tam często, a nie nad nasze duże jezioro, chodziliśmy cała bandą się kąpać). Oczywiście, że Jagódka usiłowała mnie odwieźć od tego pomysłu, słyszała przecież głośno wypowiedziane zakazy, aby roweru nie dotykać.
Ale ja już klucze od garażu miałam w ręku, pociągnęłam ją za sobą. Było późne popołudnie, udało mi się ten rower wyprowadzić i przez dzikie ogrody wyprowadziłam go na drogę tak, żeby z okien domu nie było nas widać.
Aby co  nie co skrócić jazdę, wybrałam nie asfalt, ale polną, śliczną drogę, akurat chyba kwitły maki, może to były chabry, nie pamiętam, posadziłam Jagódkę na ramę i ruszyłam mocno pedałując. Potem zastanawiałam się, dlaczego tak szybko jechałam, ale tam raczej było z górki, więc można było sobie na to pozwolić. Cudnie się tym rowerem pędziło, wiatr rozwiewał włosy, naokoło zielono, kolorowo, zapachy takie, że dech zapierało. Dojechałyśmy do wiaduktu, trzeba było tylko po nim przejechać , jeszcze kilkaset metrów w dół i już tam w dole połyskiwało jeziorko, czekało na nas, no przecież nikt się nie dowie, a my mamy frajdę niesamowitą. Życie wydawało się takie piękne w tym momencie.
I właśnie w tym momencie, kiedy byłam taka szczęśliwa , nagle wyleciałam w górę, to było cos niesamowitego, nie wiedziałam co się dzieje i zobaczyłam, że turlam się w koniczynie , sama, po mojej kuzynce ani śladu. Bo po obu stronach tej drogi były pola zasiane właśnie koniczyną, czy lucerną, nie pamiętam już. Podniosłam głowę, trochę taka dziwnie obolała i lekko zaniepokojona zaczęłam krzyczeć: Jagódka, Jagódka, gdzie jesteś? Wtedy ją ujrzałam, jak podnosi się po drugiej stronie drogi i usłyszałam jej płacz, że zdarła sobie skórę z kolana, że krew leci i tym podobne narzekania. W tym momencie zobaczyłam, że ja też mam rozorane łokcie i kolana, ale to przecież betka, ważne, że nic sobie nie połamałyśmy. A co tam, umyjemy się w jeziorku i śladu nie będzie.
Szczęśliwa, że nic nam się nie stało powiedziałam: to siadamy na rower i jedziemy do wody.
Podeszłam , aby podnieść rower z ziemi i ...zdębiałam.
Na środku drogi leżała kupa złomu...piękny, błyszczący, tego samego dnia kupiony rower po prostu przestał istnieć, tam już nic nie nadawało się do użytku. Powykręcane koła, pogięte, powyrywane szprychy, wygięta w kabłąk rama, pourywane pedały, to co zostało z tego roweru nie nadawało się do żadnej naprawy. Chodziłam naokoło tej kupki złomu i nie wierzyłam, że coś takiego się zadziało.
Cofnąć czas, natychmiast cofnąć czas...tego jednego już się nie dało zrobić.
W głowie 1500 myśli, Boże, przecież mnie zabiją, tego to już mi nikt nie daruje, gdybym jeszcze miała zgodę na jazdę tym rowerem, to może... można byłoby się tłumaczyć, ale ja go po prostu wzięłam cichcem, i co? Jak Ojciec jutro pojedzie do pracy??? No, ubić mnie to mało. Życie straciło sens.
W jednym momencie zrozumiałam, że już nie ma dla mnie żadnej nadziei, do domu wrócić nie mogę, gdzie pójdę?
Powiedziałam do swojej kuzynki, że życia już dla mnie nie ma, niech wraca do domu, a ja pójdę się utopić. I cholera, wierzyłam w to , co do niej powiedziałam. Zostawiłam ją tam na tej drodze z tym, co było pozostałością po pięknym rowerze i zaczęłam biec w dół; jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości w szczerość moich intencji, to zaręczam, że tak było faktycznie. Wiedziałam, że muszę się utopić. Innego wyjścia z tej sytuacji nie widziałam. W pewnym momencie biegnąc w dół ku wodzie, przystanęłam nagle. Ale jak ja się utopię? Przecież umiem pływać, pewno mi trudno będzie...Wzrok pobiegł po tych chabrach najbardziej błękitnych na świecie...Jezu, tak cudnie było na tej wsi, na tym polu, a mnie za moment tu nie będzie? Tak po prostu ? I sama sobie mam to zrobić?
I momentalnie otrzeźwiałam z tego amoku. Usiadłam w głębokiej trawie i zaczęłam myśleć. Przecież to tylko rower, właściwie to rodzina powinna się ucieszyć , że żyjemy, przecież mogłyśmy się pozabijać , czyż nie? No tak, ale mogli tak szybko nie załapać, że spotkało ich szczęście, trzeba byłoby to jakoś zneutralizować...za moment cały plan miałam już w głowie.
Wróciłam do rozpaczającej Jagódki, zdziwiona, że ona ciągle płacze, w końcu te skaleczenia nie były takie straszne. Ale okazało się, że ona zaczęła mnie już opłakiwać, trochę mnie znała i pewna była, że ja już z tego jeziorka nie wyjdę. Poważnie potraktowała moje słowa. Po latach powiedziała, że nie wyobrażała sobie powrotu do domu i zaczęło w niej kiełkować uczucie, że ona też powinna się utopić...no, jej byłoby łatwiej, pływać nie umiała, to przy dobrym samozaparciu pewno by się jej ta próba udała.
No to w sam czas wróciłam i powiedziałam jej co teraz zrobimy, aby ten kataklizm przeżyć.
I teraz już zupełnie na spokojnie zaczęłam zastanawiać się, dlaczego tak się stało...popatrzyłam uważnie na drogę i już wiedziałam. Po prostu w pewnym miejscu było głębokie wyżłobienie, ostatnio trochę padało, droga była polna , nierówna. A ja nie jechałam wolno, ja pędziłam z tej górki jak wariatka. No tak, faktycznie, cud, że nic sobie nie połamałyśmy, to rzeczywiście mogło się skończyć tragiczniej.
Poczekałyśmy do zmierzchu, przytargałyśmy ten złom opłotkami, ciężko było jak diabli, bo i my obolałe byłyśmy niesamowicie, w jaśminach przesiedziałyśmy , aż dom się uśpił i pogasły światła. W międzyczasie słyszałyśmy, jak nas szukano, w końcu jednak wszystko się uspokoiło. Udało się nam to żelastwo wturlać do garażu, zamknąć go na klucz i po cichutku wejść do domu. Wszyscy już spali, Mama tylko drzemała, kiedy usłyszała, że wróciłyśmy, coś tam pogderała na nas, że włóczymy się po nocy ( czasy były inne, można było włóczyć się bez strachu) i kazała zjeść kolację. Rozliczenie z tego wieczoru miało nastąpić dopiero rano. Nie chciała robić awantury po nocy.
I o to właśnie chodziło i na to liczyłam.
Teraz trzeba było tylko umiejętnie mój plan wprowadzić w życie.
Na moim posłaniu zrobiłam kukłę, przykryłam ją kołdrą i jedno było już gotowe.
Przesiedziałyśmy w ciemnej kuchni po cichutku do pierwszej w nocy, bo o drugiej był pociąg do mojej Babci . Jagódka chciała ze mną jechać, bo też mieszkała w tym samym mieście co moja Babcia, ale kategorycznie odmówiłam. Musiał ktoś zostać i opowiedzieć jak było. I powiedzieć dokąd wybyłam. A że Jagódka płakała na zawołanie , to była najlepszym argumentem za tym, aby to wszystko jakoś bezkonfliktowo i bez mojej obecności wsiąkło. No i przy niej nie wypadałoby, żeby te nerwy całkiem ich rozszarpały.
A wracając do mojej Babci, to ta moja Bunia była najlepszym człowiekiem pod słońcem, nikt mnie chyba tak nie kochał bezkrytycznie i bezwarunkowo jak ona. Dla niej byłam najpiękniejsza i najmądrzejsza z całej rodziny. Szkoda, qrcze, że tylko dla niej. Skrzywdzić by mnie nie dała i tylko tam mogłam przeczekać tę burzę.
Poszłam sobie w nocy na dworzec, bez jednej złotówki w kieszeni, nie bojąc się zupełnie, bo wszystek strach zostawiłam w domu. Teraz mogło być już tylko lepiej. Jak mi się udało na gapę przejechać tyle przystanków, nie wiem. Ułożyłam się w przedziale na ławce, przykryłam kurteczką i udawałam, że mocno śpię. Może pan konduktor pożałował i nie obudził. W każdym bądź razie jak wysiadłam z pociągu, to nagle taka żałość mnie ogarnęła, taka rozpacz, że jestem niewdzięczną córką, że takiej szkody narobiłam przez głupotę, że nareszcie zaczęłam szlochać, łzy leciały jak grochy, nie mogłam ich powstrzymać . I kiedy taka zapłakana stanęłam o czwartej rano na progu mieszkania Buni, to o mało tej mojej kochanej Babci nie przyprawiłam o zejście.
Zanim ja byłam gotowa do opowieści, Babcia zażyła wszystkie dostępne środki na uspokojenie , jakie miała pod ręką, upewniwszy się przed tym, że nikt nie umarł i żadne nieszczęście jej syna i jego rodziny nie spotkało.
A kiedy wysłuchała całej opowieści, a mogłam jej wszystko jak na spowiedzi wyznać, przytuliła mnie i powiedziała, że jakaś kara za to , co zrobiłam musi być. Ale, że ona od karania nie jest, to zrobi wszystko, co by mnie ta kara jak najmniej bolała. No i zafundowała mi wspaniałe trzy dni, kupiła materiał na piękną sukienkę, mogłam do woli wybawić się w wesołym miasteczku...qrcze, opłaciło mi się to wszystko.
I jak zwykle dokończenie tej opowieści, to relacja rodzinki.
Jagódka do rana oka nie zmrużyła, leżała czekając na rozwój wypadków. Doczekała się chwili, kiedy mój tata wyszedł rano do pracy...cisza i nagle tupot nóg po schodach. Usłyszała jak wbiegł do pokoju chłopców i zaczął się na nich wydzierać. Ale chłopcy niewinni jak aniołkowie wypierali się popełnienia wykroczenia i wtedy ojca olśniło. Wpadł do naszego pokoju, stanął nad moim posłaniem i wrzeszczał nade mną, abym się obudziła. No, ale , że kukła nie koniecznie mogła mu odpowiedzieć, jednym ruchem zdarł ze mnie kołdrę i....przysiadł bez tchu. Dobrze wiem, że gdybym tam była zamiast tej kukły, to ze trzy dni na pewnej części ciała na pewno bym nie usiadła. To była niesamowita wściekłość, złość, determinacja. Znałam dobrze swego ojca, mój plan był zatem genialny.
Jagódka musiała zdać dokładną relację...nie wiem dokładnie co się tam więcej działo, bo mnie nikt w to jakoś nie wprowadził, w każdym bądź razie po trzech dniach zadecydowano wysłać po mnie do Babci brata.
No, ten to sobie na mnie poużywał , tak mnie skutecznie straszył tym, co mnie w domu czeka, że po cichu zaczęłam obmyślać plan następnej ucieczki.
A kiedy na miękkich nogach weszłam do mieszkania, duszę mając na ramieniu, wiecie co do mnie powiedział mój Tata?
Miałaś szczęście, żeś nam stąd zwiała.
I to było wszystko. Wychowawcze to pewnie nie było, ale ja bardzo dobrze zrozumiałam te słowa.
No cóż, od tej pory nigdy nie tknęłam niczego, co nie było moje .
Taka bardziej przyzwoita się zrobiłam. Czy mi się tak do końca to udało? Pewno nie, ale bardzo się starałam.
Nauka , moi kochani nie zawsze idzie w las.
I jeszcze coś, od tamtej pory jakoś przestałam lubić rower. Owszem, czasami sobie pojeżdżę , ale bez jakiejś zbytniej przyjemności. Nie, rower może dla mnie nie istnieć.







 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Od początku stronę odwiedziło już 46007 odwiedzających
Ta strona internetowa została utworzona bezpłatnie pod adresem Stronygratis.pl. Czy chcesz też mieć własną stronę internetową?
Darmowa rejestracja